Amy A. Bartol „Intuicja” – recenzja

AniaG/ Sierpień 7, 2017/ Książki/ 0 comments

„Intuicja” autorstwa Amy A. Bartol jest drugą częścią serii „Przeczucia”, w której świat ludzki zderza się ze światem nieśmiertelnych istot. Po raczej neutralnej grudniowej recenzji pierwszego tomu, przyszedł czas na zmierzenie się z kontynuacją. Nasza płomiennowłosa anielica Evie Claremont podejmuje decyzje, które dają początek lawinie nieprzewidywalny zdarzeń.

Reed trzyma Evie pod kloszem, potężna anielica myli ją z nielubianymi Nefilim, a na domiar złego Evie działa jak kocimiętka na siły Zła, którym zależy na uwięzieniu jej duszy. To czas, aby z pomocą przyjaciół, dowiedziała się jak wielką mocą dysponuje. Stopniowo dokonuje się jej przemiana w anioła. Odkrywa swoje nowe możliwości oraz umiejętności, porzuca swoją tożsamość, by stać się kimś innym. Kimś, kto da radę prowadzić pozornie normalne życie dzień za dniem, z dala od ukochanego i kłopotów. Tylko, na jak długo?

Co ja najlepszego zrobiłam? – pytam samą siebie. Nie mogę złapać tchu. Niech Bóg ma w opiece tych, którzy naprawdę mnie kochają.

Zdrowy rozsądek czy intuicja? Czego trzeba posłuchać? Choć przez tytuł powieści odpowiedź wydaje się jednoznaczna, wcale taka nie jest. Gra toczy się między Reedem a Russelem, czyli Aniołem Mocy a bratnią duszą Evie. Lecz do walki o serce bohaterki dołącza nowy zalotnik. Już nie mamy miłosnego trójkąta, a wręcz czworokąt! Takim sposobem otrzymujemy postać Brennusa De Graham. Brennus to przywódca klanu Gankanagów – przemienionych mrocznych elfów posiadających cechy wampirów. Gdy Evie zostaje przez niego porwana, musi stoczyć walkę nie tylko o siebie. Stawką jest życie bliskich jej osób.

Może nie będziesz musiała podejmować tak trudnej, bolesnej decyzji, ale gdyby nadszedł dzień, kiedy nie da się jej uniknąć, lepiej mieć plan i trzymać się go, żeby ratować tego, kogo kochasz.

Reed Wellington, mimo rodowodu anioła, reprezentuje sobą niewiele cech powszechnie znanej definicji anioła. Jako istota zrodzona z ognia, jest równie zachłanny, nieokrzesany i potężny. Jest stary jak świat (dosłownie!), lecz uczucia sprawiają, że jest bardziej ludzki niżby chciał. Natomiast Evie jest miejscami tak irytująca, że ma się ochotę wyrwać jej kilka piór. W drugiej części wywija nam numer rodem z drugiego tomu „Zmierzchu”.  Myśląc, że tylko tak może uchronić bliskich przez nieszczęściem – ucieka. Efekt tego szlachetnego czynu jest do przewidzenia. Zarówno Edward jak i Evie wpadają z deszczu pod rynnę. Bartol naszpikowała „Intuicję” inspiracjami z serii Zmierzch, a fani na pewno je rozpoznają.

Dużym plusem są rozdziały pisane z perspektywy Russela. Przebywanie w męskim umyśle i emocjach wydaje się, wbrew pozorom, przyjemne i pouczające. Russel w tej książce jest wszystkim co najlepsze. Jego opanowanie w każdej sytuacji, bezdenna dobroć, szlachetne motywy oraz niezachwiana wiara, są motorem napędowym powieści. Choć ma za sobą wieki doświadczenia, posiada umiejętności na które współcześnie nie posiadamy nawet nazwy, to jego przemiana zachwyca. Mówi: „Zmieniam się, bo muszę”. Rozczula nas tym, że pamięta poprzednie życia swojej duszy i przytacza średniowieczne dzieje Leandera i Aoibhe.

Moją jedyną nadzieją na przetrwanie jest świadomość, że Ty gdzieś tam istniejesz na tym świecie, pod tym samym słońcem, tymi samymi gwiazdami.

Z Amy Bartol mam pewien dylemat. Autorka uwielbia przeplatać banalne dialogi i sytuacje z takimi, które chwytają za duszę i zmiękczają serce. Nie rozumiem też stereotypowego podejścia, że kobieta lekkich obyczajów nie mówiąca po angielsku, musi pochodzić z Ukrainy albo innego słowiańskiego kraju. Choć raczej Bartol przepada za Polską, skoro akcja czwartego tomu rozgrywa się w Toruniu.

Zderzenie świata ludzi ze światem istot nieśmiertelnych wychodzi autorce całkiem ciekawie. Jestem zaintrygowaną kilkoma nowymi postaciami, m.in. wampirzym elfem Finnem De Graham – bratem przywódcy klanu Gankangów. Bartol wplata w dialogi język gaelicki oraz irlandzki, co niestety umyka w polskim tłumaczeniu, ale warto zaznaczyć, że zmienił się tłumacz. „Intuicja” została przetłumaczona kobiecą dłonią i zmysłem, co wyszło powieści na zdecydowany plus. Pozostaje nam czekać na trzecią książkę z pięciotomowej serii o nieziemskiej miłości i istotach zrodzonych z ognia.