Anna Hope „Sala balowa” – recenzja

AniaG/ Marzec 21, 2017/ Książki/ 0 comments

Anna Hope po swoim wzruszającym debiucie powieścią „Przebudzenie”, postanowiła nie opuszczać początku XX wieku. Tym razem autorka przenosi nas do brzemiennego w konsekwencje roku 1911 . Każdy wie, że najlepsze historie pisze samo życie, dlatego inspiracją dla Anny Hope stała się historia prapradziadka autorki – irlandzkiego imigranta. Książka jest poświęcona jego pamięci.

W „Ilkley Gazette” z 1882 można było przeczytać: „Sala ma 31,6 metra długości i 15,2 metra szerokości, i jest wspaniała, wielka i efektowna.” Któż spodziewałby się po zapomnianym przez Boga i ludzi zakładzie na skraju wrzosowisk w Yorkshire, że właśnie w nim, znajduje się piękna sala balowa? Miejsce, w którym każdego piątku rozbrzmiewa muzyka, rozmowy i powraca codzienność. To właśnie tam dwoje młodych ludzi, dwie samotne dusze znajdą w sobie pokrzepienie i ocalenie poprzez miłość, która uzdrawia.

Wśród szeptów, tańców i całej palety bólu, „Sala balowa” zdradza nam losy osób, których życiowe ścieżki przecięły się w brytyjskim zakładzie dla obłąkanych Sharston. Całą historię poznajemy z perspektywy trzech bohaterów: biednej dziewczyny o walecznym sercu i wdzięcznym imieniu: Ella Fay; młodego, pracowitego, przepełnionego tajemnicą Irlandczyka Johna Mulligana;  oraz Charlesa Fullera, pełnego ideałów lekarza, który równie dobrze mógłby być po drugiej stronie barykady.

W szpitalnym powietrzu nieustannie krąży uczucie niepokoju, które poprzez papier przenika do krwiobiegu czytającego. Z trwogą obserwujemy zmiany, to jak budzi się szaleństwo, coś niebezpiecznego, niepoddającego się kontroli. Słabsze jednostki stają się okrutne, dążą do celu poprzez krzywdę innych. Natomiast postaci drugoplanowe których bierność lub wręcz pochopnie podejmowane decyzje mają druzgoczący wpływ na losy głównych bohaterów. Drżymy w obawie o miłość Elli i Johna zrodzoną w tak smutnym miejscu.

„Sala balowa” bazuje na wielu faktach. Zawiera w sobie również miejsca historyczne, wydarzenia, ustawy prawne,  fragmenty medycznych czasopism, opis upalnego i niespokojnego lata 1911 roku, a nawet kontrowersyjne i wręcz nieludzkie poglądy Churchilla. Opisany szpital istniał naprawdę, został otwarty w 1888 i działał przez 115 lat.

Powieść ukazuje to, co się zmieniło – przepisy traktowania pacjentów i to, co nie zmieniło się o jotę – postrzeganie ludzi przez pryzmat ich zamożności i pozycji społecznej. Histeria postrzegana jest tu jako choroba dominująca dla klasy średniej, gdzie kobiety były często pozostawiane same sobie, skazane na szydełkowanie i pilnowanie własnego nosa. Zaś ludzie pracy, według lekarzy, starannie ukrywali swoje szaleństwo. Za czym kryło się to, że pracując ciężko przez cały tydzień nie ma się zwyczajnie czasu na histerię, ani siły. Niezmiernie bawi mnie również teza ówczesnych doktorów o tym, że nadmierne czytanie jest niebezpieczne dla kobiecego umysłu. Owszem, zgadzam się. Tyle, że chyba nie pojmujemy tego zagrożenia w jednaki sposób. Co jest idealnym przykładem na to, że to samo zdanie może być rozumiane na różnoraki sposób.

Szaleństwo. Niepoczytalność. Czy definicja szaleństwa powinna być zaklęta w kilka bezlitosnych zdaniach czy jej granice powinny być płynne? Jak zakwalifikować chwilowe szaleństwo płynące wyłącznie z chęci wyrwania się z karb szarego życia pozbawionego widoków na lepsze jutro, jak u Elli? Czy nieszczęścia, które spadło na nas nagle odbierając chęć do kolejnego oddechu, niczym u Johna? A może to właśnie uparcie odmawiając sobie choć odrobiny szaleństwa wpadamy w sidła huraganu doszczętnie niszczącego nasze poczucie rozsądku? Może czasem cała istota naszego szaleństwa polega na tym, że niczym Ella, po prostu pragniemy zobaczyć niebo?

Biorąc do ręki książkę Anny Hope, nawet w najśmielszych snach nie pomyślałam, że jej lekturę okupię tak wieloma emocjami i łzami. Gdybym miała jednym słowem opisać tę książkę, powiedziałabym: przejmująca. I to dogłębnie. Przejmująca. Tak, to jest to słowo. Przejmująca.

I tylko „wspomnę o tym zakończeniu. Że chciałabym, aby było inne. Ale że mimo wszystko to jest właściwe zakończenie”.