Birdy, czyli jak zostałem psychofanem.

Od czasu do czasu trafiasz na pewną rzecz. Może być to książka, film, serial, zespół muzyczny, gra. I ta rzecz nagle staje się dla ciebie czymś mega fajnym. Uwielbiasz ją po prostu bardzo, a nawet bardzo bardzo. No cóż, stajesz się psychofanem. Ja osobiście miałem już tak kilka razy, a ostatnio wydarzyła mi się kolejna tego typu sytuacja. Zostałem psychofanem. Czego – a raczej kogo – tym razem? Już wyjaśniam. Poznajcie Birdy!

Birdy tak naprawdę ma na imię Jasmine van den Bogaerde i jest Brytyjką o holendersko-belgijskich korzeniach. W roku 2008 wygrała konkurs wokalny Open Mic UK i to właśnie po tym zwycięstwie zaczęły się nią interesować wytwórnie płytowe. I nie ma się co dziwić, bowiem głos Birdy jest po prostu wspaniały – nie tylko piękny i dobrze brzmiący, ale też bardzo poprawny technicznie. Osobiście twierdzę, że aktualnie, mając zaledwie 19 lat, Jasmine poziomem wokalu dorównuje Adele – wokalistce o, bądź co bądź, jednym z najmocniejszych głosów we współczesnej muzyce rozrywkowej. Jeśli już teraz Birdy jest na takim etapie rozwoju wokalnego, to za pięć czy sześć lat jej śpiew będzie chyba wytwarzał dziury w powłoce czasoprzestrzeni.

Wróćmy jednak do jej historii. W 2011, mając zaledwie 15 lat, Birdy wydała swój debiutancki krążek zatytułowany po prostu „Birdy”. Promował go między innymi umieszczony powyżej singiel „Skinny Love”, który wspiął się na listy przebojów w Wielkiej Brytanii i zapewnił nastolatce sławę. Co ciekawe „Skinny Love” nie jest wcale piosenką Jasmine, a coverem kawałka zespołu Bon Iver. „Co w tym złego?”, zapytacie. „Całkiem spora część artystów zaczyna karierę od coveru cudzej piosenki, a potem rozwija się fantastycznie już z własnym materiałem”. No cóż, Birdy wyniosła tę rzeczywiście częstą w przemyśle muzycznym sytuację na nowy poziom. Młoda wokalistka wypełniła bowiem coverami… całą swoją pierwszą płytę.

Jest to fakt nieznany często nawet przez samych fanów wokalistki. Na płycie „Birdy” wszystkie piosenki z wyjątkiem „Without a Word” to covery. Nie powiem, zagranie Jasmine było naprawdę ryzykowne. No bo pomyślcie sobie: jesteście młodziutką, zdolną wokalnie dziewczyną, studio proponuje wam płytę, a wy stwierdzacie „No dobra, to nagram sobie płytę z prawie samymi coverami”.

„Dziewczynka nasłuchała się jakiś zespołów i teraz chciałaby śpiewać ich piosenki. Czy ją porąbało? Przecież to się nie sprzeda.” – taka pewnie była pierwsza myśl co poniektórych ludzi z wytwórni, gdy usłyszeli plan Birdy. Jednak wszystko poszło w zupełnie inną stronę. Jasmine bowiem wzięła te utwory i – z pomocą znakomitych producentów rzecz jasna – zmieniła je w twory niemalże całkowicie inne, nadała swoim coverom własny styl, coś, co sprawia, że te piosenki są jak jej i kompletnie nie odstają nastrojem od  autorskiego „Without a Word”. I dlatego właśnie jestem daleki od oceniania, które wersje poszczególnych kawałków są lepsze – Birdy czy te oryginalne. Po prostu różni je tak dużo pod względem instrumentariów, stylu, nastroju, że nie sposób ich obiektywnie porównywać. Chociaż oczywiście z subiektywnego punktu widzenia bardziej podobają mi się covery Birdy, ale to, że jestem jej psychofanem już ustaliliśmy.

Jaki jest więc jej styl? Bardzo oszczędny przede wszystkim. W większości utworów na pierwszy plan wybija się jej wokal i pianino. Jedynie w „1901”, „Young Blood” czy „White Winter Hymnal” słychać nieco wyraźniej inne instrumenty czy nawet elektronikę. Nie oczekujcie tu skocznych melodii. Piosenki Birdy to w większości pianistyczne ballady, niekiedy jedynie trochę żwawsze od reszty.

No i wokal. Wiem, że już o nim wspominałem, ale jest on jedną z tych rzeczy, o których mógłbym wspominać bez końca. I za każdym razem używałbym tych samych słów: piękny, wspaniały, cudowny, powodujący ciarki na plecach. Do jej głosu człowiek chciałby się po prostu przytulić i nigdy go nie puszczać.

Dwa lata po „Birdy” przyszedł czas na nową płytę pt. „Fire Within”. Piosenki z krążka tym razem napisała sama Jasmine, więc po względem autorskim to właśnie ten album był jej zasadniczym debiutem. Płyta wyjątkowo przypominała pierwszy krążek – ponownie mamy tu powolne ballady. Wyjątkiem mogą być jedynie nieco bardziej energetyczne „Wings” czy utrzymane w wyjątkowo żwawym i wesołym tonie „Light Me Up”. Jeśli chodzi o instrumenty, Birdy pozwoliła sobie na drobne szaleństwa w stosunku do pierwszej płyty. Oczywiście, duża część kawałków wciąż jest oparta na pianinie, ale chociażby wspomniane powyżej „Light Me Up” i „Wings” to już utwory z akompaniamentem na cały zespół – gitara elektryczna, perkusja. Z kolei „All About You” czy „Maybe” fakt, są powolne i balladowe, ale miast pianina prym wiedzie w nich gitara.

Z tej płyty pochodzi również chyba moja ulubiona piosenka Birdy. Mówię „chyba” bo z grona tak wspaniałych utworów naprawdę trudno wybrać jeden najbardziej lubiany. W każdym razie utworem tym  jest „Strange Birds”. Niesamowity tekst, świetna oprawa muzyczna no i – a jakże by inaczej – cudowny wokal Birdy czynią z tej piosenki coś wspaniałego. Swoją drogą uważam, że przez swój ogólny nastrój świetnie nadałaby się na utwór do filmu o Jamesie Bondzie. Zresztą posłuchajcie sami.

W zeszłym roku Birdy nagrała singiel „Let It All Go” razem z wokalistą Rhodesem. Piosenka znalazła się na debiutanckiej płycie tego drugiego. W marcu tego roku z kolei pojawi się trzeci album artystki zatytułowany „Beautiful Lies”. I wiecie co? Nie mogę się doczekać! Birdy jest bowiem osobą, której cholernie wręcz lubię słuchać i po dziesiątym czy dwudziestym odsłuchaniu każdej z dwóch płyt (nie, nie żartuję) krzyczę po prostu „Dajcie mnie tego wincyj!”

A, no i Birdy jest bardzo ładna. Piękna wręcz. Ma też fajny styl. Gdybym był kobietą, ubierałbym się tak jak ona. Zdaję sobie sprawę jak to zabrzmiało, ale naprawdę podobają mi się jej ciuchy. Zresztą, co mogę więcej powiedzieć? Po prostu jestem psychofanem Birdy. I jest to coś niesamowicie fajnego.