,,Blisko i bezpiecznie” (Jan Karon) – recenzja

Anna/ Maj 4, 2016/ Książki/ 2 comments

blisko i bezpiecznie

Wyd. Zysk i S-ka. 2016

Muszę przyznać, że bardzo rzadko wybieram książki, w których dużą rolę odgrywa sielankowa atmosfera małego miasteczka. Może wynika to z faktu, iż sama mieszkam na prowincji, a „cukierkowość” niektórych powieści po prostu mnie odstrasza. Jednak w opisie „Blisko i bezpiecznie” było coś, co zmusiło mnie, by tym razem zaryzykować i udać się w literacką podróż do Mitford. Niestety już kilka minut po zamówieniu egzemplarza recenzenckiego okazało się, że będę miała okazję czytać jedenasty tom serii, którą wydawnictwo Zysk i S-ka sukcesywnie wydaje od 2008 roku. Czy więc warto zaczynać tę klimatyczną historię od środka? Zanim odpowiem na to pytanie, przybliżę nieco fabułę najnowszej odsłony cyklu stworzonego przez Jan Karon.

Ojciec Tim Kavanaugh wraz z żoną wraca z wakacji w Irlandii, gdzie przeżył trudne chwile, odkrywając mroczne tajemnice swojej rodziny. Wszystko, czego teraz pragnie to odzyskać spokój ducha i nacieszyć się emeryturą, na którą przeszedł kilka lat wcześniej. Sęk w tym, iż były pastor nie potrafi przejść w stan spoczynku, zwłaszcza że po zakończeniu posługi kapłańskiej, wbrew przyjętym zasadom, pozostał wśród swoich byłych parafian, często służąc im radą i modlitwą. Po miesiącach nieobecności mężczyzna odkrywa wiele z pozoru mało istotnych różnic, które zmieniają oblicze Mitford, a to dopiero początek problemów. W niedługim czasie okazuje się, że aktualny duszpasterz Lord’s Chapel niezbyt dobrze radził sobie z integracją ze specyficzną społecznością, a do tego zdradzał żonę, z którą właśnie zamierza się rozwieść. Kongregacja próbuje nakłonić ojca Tima, by przez kilka miesięcy kierował swoją byłą parafią, ale ten się waha, zważywszy, że również inni potrzebują jego wsparcia, przeżywając swoje małe i wielkie dramaty.

Tymczasem urocza właścicielka Księgarni Szczęśliwych Zakończeń, Hope, przeżywa najlepszy i zarazem najbardziej stresujący okres w swoim życiu. Gdy na teście ciążowym dziewczyna odkrywa dwie upragnione kreski, jej radość miesza się z niepokojem. Po tym, jak poroniła boi się cieszyć z dobrej nowiny, podświadomie czując, że coś jest nie w porządku. Jej złe przeczucia wkrótce okazują się uzasadnione. Lekarze diagnozują łożysko przodujące, co jest bezpośrednim zagrożeniem zarówno dla nienarodzonego dziecka, jak również przyszłej mamy. Hope musi diametralnie zmienić swoje przyzwyczajenia i modlić się o szczęśliwe rozwiązanie. I tu pojawia się kolejny problem. Kobieta nie może pozwolić sobie na zamknięcie księgarni, która jest jedynym źródłem utrzymania jej rodziny, a wizyty u lekarza przecież sporo kosztują. Jedynym sensownym rozwiązaniem jest znaleźć odpowiednie zastępstwo. A może Tim Kavanaugh mógłby się tym zająć? Przecież to jedyna osoba, która zauważyła, że dom Irene McGraw jest otwarty i zapobiegł potencjalnej kradzieży. Czy to oznacza, że Mitford nie dba o swoich?

Jeśli chodzi o postać Timothy’ego to okazała się ona dla mnie odwróconą wersją doktora House’a. Co mam na myśli? Otóż, o ile w sławnym serialu główny bohater wychodził z założenia, że wszyscy kłamią, o tyle nasz duchowny stoi na zgoła odmiennym stanowisku, szukając w każdym choćby okruszka dobra.  Mężczyzna jest z natury introwertykiem, który od wielu lat zmaga się ze skrywaną depresją, a na co dzień robi wszystko, żeby pomagać potrzebującym. Oczywiście w imię chrześcijańskiej miłości. W tym aspekcie poznajemy również losy Sammy’ego,. Chłopak sprawia ogromne kłopoty wychowawcze, doświadczona nauczycielka muzyki, która sprawuje nad nim opiekę, powoli zaczyna tracić cierpliwość. Staje się jasne, że jeśli nic się nie mieni, siedemnastolatek w najlepszym razie wyląduje na ulicy, a w najgorszym upomni się o niego jakiś ośrodek poprawczy bądź więzienie. Przez wzgląd na adoptowanego syna, ojciec Tim podejmie ostatnią próbę ratowania młodszego brata Donoleya. Metody, którymi posłuży się Timothy, okażą się dość „rewolucyjne”, ale czy skuteczne?

Muszę przyznać, że początkowo nie mogłam się wtopić w fabułę powieści i to wcale nie dlatego, że zaczęłam ten cykl od środka. To przykład bardzo klasycznego podejścia do tworzenia prozy obyczajowej. Tu akcja snuje się bardzo leniwie. Amerykańska pisarka stara się pokazać emocje i przeżycia bohaterów w szerszej perspektywie, stąd nie można tej pozycji uznać za sagę rodziną, choć znaczna część narracji to dialogi i przemyślenia byłego pastora. Każda ukazana mini historia staje się częścią większej całości, czyli dziejów prowincjonalnego miasteczka. W tym miejscu należy pochwalić autorkę a niezwykle realne przedstawienie charakterystyki malutkiej miejscowości, gdzie jest jeden sklep, wszyscy wszystkich znają, a plotki rozchodzą z prędkością światła. Znajdziemy tu więc lokalną gwiazdę, wiecznego zrzędę czy nieradzącego sobie z życiem, lekko upośledzonego chłopca o gołębim sercu. Poznamy wady i zalety braku anonimowości i problemy przekazane czasem bardzo poważnie, a niekiedy z przymrużeniem oka.

Największą zaletą „Blisko i bezpiecznie” jest podwójne dno tej powieści, gdzie pod kołderką pozornie mniej ważnych wydarzeń, odkrywamy uniwersalne wartości. Tym razem Jan Karon pochyla się nad zagadnieniem wejścia w jesień życia. Autorka jakby nieco w tle pokazuje ten trudny moment w życiu człowieka. Dzięki temu wątek jest zarazem delikatny i głęboki, lecz nie przytłacza fabuły. Z wiekiem zwykle coraz trudniej przystosowujemy się do zmian i musimy zaakceptować, iż nie będziemy tak silni jak kiedyś. Amerykanka pokazuje to przez zabawne sytuacje, dając czytelnikowi bodziec do przemyśleń.

Książka jest wręcz kopalnią cytatów literackich, więc jeśli je lubicie, zaopatrzcie się w notatnik. Warto też wspomnieć o polskich odniesieniach w fabule. Jedna z bohaterek, którą odnajdujemy w powieści, ma nie tylko polskie korzenie, ale jest także gwiazdą filmową. Ojciec Tim natomiast w wolnych chwilach czyta „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza.

Czas odpowiedzieć na pytanie, które postawiłam na wstępie. Czy cykl W moim Mitford można czytać nie po kolei? Trzeba przyznać, że Karon zrobiła wszystko by tak było. Nie musicie obawiać się, że czegoś nie zrozumiecie, bo w odpowiedniej chwili zostaną przywołane odpowiednie wspomnienia. Równocześnie te odwołania sprawiają, iż z miejsca zapragniecie sięgnąć po wcześniejsze tomy. Trzeba jednak powiedzieć otwarcie, że ta powieść dużo bardziej będzie odpowiadać babciom niż wnuczkom. Sporo miejsca autorka poświęciła na wątek religijny, stąd jeśli macie problem z aspektami wiary w powieściach, lepiej rozważcie inną lekturę. Dla mnie dużo większym problemem okazała się urywana narracja, która domyślnie przypomina czas rzeczywisty. Mimo moich zastrzeżeń, jestem przekonana, że jeszcze nie raz zawitam do Mitford, bo kto chociaż raz zawita do tego urokliwego miasteczka, będzie tam wracał regularnie.

  • Justyna

    Bardzo cenię sobie takie książki, które odkrywają przed czytelnikiem swoją głębie, które dają się stopniowo poznawać. Dlatego z przyjemnością sięgnę po ten tytuł (nie ukrywam, że kuszą mnie również te cytaty).

  • Anna

    Też lubię takie książki, aczkolwiek pewnie współczesny czytelnik nie zawsze je docenia, wybierając np. szybszą akcję Co do cytatów jest ich naprawdę sporo i nawet panie w bibliotece, kiedy zabrałam tam powieść, przepisały kilka z nich. Kilka pewnie już czytałaś.