Cath Crowley „Słowa w ciemnym błękicie” – recenzja

AniaG/ Kwiecień 18, 2018/ Książki/ 0 comments

Tak, to już druga książka Cath Crowley wydana w Polsce. Tak, akcja rozgrywa się w antykwariacie. Tak, opowiada o Rachel, która po utracie brata ponownie zamieszkuje w mieście i zaczyna pracę ze swoim najlepszym przyjacielem Henrym, który dawniej złamał jej serce. Wszystko tak, tak, tak. Ale wiecie co jest najistotniejsze, i dlaczego tak pędzę przez opis fabuły, by móc przejść do sedna? Emocje. Te wszystkie dreszcze, spazmy i bóle, które uderzyły we mnie z delikatnością huraganu. Ta powieść to ekstremalna przeprawa dla kogoś, kto kiedykolwiek stracił kogoś bliskiego sercu.

Cath Crowley dokonała czegoś czytelniczo piorunującego. Czytamy, śledzimy kolejne zdania, a nasze myśli krążą wokół słów. Nawet się uśmiechamy, gdy nagle jedno wtrącone zdanie wywołuje łzy, których nie sposób zatrzymać… Zaczynają wypływać i bezczelnie odmawiają odwrotu. Gdy wzięłam do ręki tę książkę, wypuszczałam ją z ręki tylko po to, by móc otrzeć te nieznośne łzy, których była sprawcą. Nie spoczęłam póki nie dotarłam do końca. Czytając słyszałam szum fal oceanu i szelest przewracanych stron książki, nie tylko tej, którą trzymałam w dłoni.

Wspomnienia pozostają w słowach.

Podoba mi się to, że Rachel zawsze broni własnego zdania, a Henry to nie typowy „bad boy”, ale ”chłopak z sąsiedztwa”. Bo tylko taka osoba jak Henry mogłaby recytować pijanym głosem poezję na podłodze damskiej toalety i mieć ksywkę „Szekspir”, a równocześnie rozśmieszać nas tym do łez. Tak, ta książka wywołuje w nas wiele radości i smutku. Dokładnie tak jak to dzieje się w życiu.

Wreszcie też ktoś nadał sens temu, że mam – wg wielu karygodny – zwyczaj podkreślania i pisania komentarzy na książkowych marginesach. A cała tajemnicza idea Biblioteki Listów jest genialnym pomysłem, ale o tym przekonacie się sami. Lojalnie ostrzegam, że po lekturze tej książki, wasza lista książek do przeczytania będzie pękać w szwach. 🙂

Czasami nauka nie wystarcza. Czasami potrzebni są poeci.

Kiedy tylko zalewała mnie kolejna fala uczuć, których się nie spodziewałam, zadawałam sobie w myślach pytanie „Ile razy można się rozpłakać przy zaledwie 288 stronach?”, a później znowu oczy wypełniały mi się łzami i nie mogłam się nadziwić mocy tej historii. Policzyłam. Ostatnio taki poziom nagromadzenie emocji podczas czytania, osiągnęłam 49 książek temu.

Przyznaję się, że podobnie jak Jennifer Niven (autorka powieści „Wszystkie jasne miejsca”), nie mogłam się powstrzymać przed nieustannym podkreślaniem fragmentów, do których będę mogła wielokrotnie powracać. Choć nie oszukujmy się, czuję że szybko powrócę do tej powieści, by od pierwszego słowa, aż do ostatniej kropki móc przeżyć wszystko raz jeszcze. I wiecie co? Ta książka jest zwyczajnie potrzebna.

Między nami krążą myśli. Jesteśmy książkami, które czytamy, rzeczami, które kochamy.

Ta książka to pomnik wystawiony dogłębnej miłości do słów. Łączy się z historią młodych bohaterów z krwi i kości, którzy czynią tę powieść jeszcze bardziej wiarygodną. Opowiada o dojrzałej przyjaźni, takiej która nie zważa na wiek, tylko na to co kryje dusza drugiej osoby. Jeszcze mocniej opowiada o stracie i żałobie. I to nie w ckliwi sposób, ale taki że zastanawiamy się czy wszechświat nas wykiwał, czy jednak to niesamowite, że mimo nastania śmierci, życie trwa nieskończenie.

Ta książka opiera się na trzech solidnych filarach: słowach i ich wpływie na nasze życie, stracie, która osiada niczym mgła na naszej codzienności i przyjaźni, która nigdy ustaje. Pozwólcie, by „Słowa w ciemnym błękicie” stały się słowami, które przeszyją waszą duszę i uwiodą was swoim pięknem i porażającą prawdziwością.

Czasami koniec oznacza początek.