Chaszcze z morderstwem w tle – recenzja

Anna/ Lipiec 23, 2018/ Książki/ 0 comments

Pierwszy raz o Chaszczach Jana Grzegorczyka usłyszałam jesienią 2009 roku, czyli w momencie pierwszego wydania książki. Pamiętam, iż wówczas blurb omawianej pozycji wydał mi się niezwykle oryginalny. Dziś, w czasach, kiedy na półkach królują powieści Katarzyny Puzyńskiej, trudno sobie wyobrazić, że kiedyś umieszczanie zagadki morderstwa na prowincji  wcale nie było tak popularne jak dzisiaj. Może dlatego właśnie wtedy po raz pierwszy poprosiłam wydawcę o egzemplarz do recenzji. Obiecano mi, że upragnioną powieść dostanę wkrótce, ale ostatecznie paczka do mnie nie dotarła. Mijały miesiące, a potem lata, a ja co jakiś czas przypomniałam sobie o tytule, który kiedyś tak bardzo chciałam przeczytać. Okazja poznania powieści nadarzyła się niedawno dzięki wykupieniu praw do cyklu o Stanisławie Madeju przez wydawnictwo Zysk i S-ka. Możecie, więc wyobrazić sobie moje podekscytowanie,  kiedy otrzymałam przesyłkę.

 

Staszek znajduje się w chwili życiowego przełomu. Ma pięćdziesiąt lat, jest starym kawalerem, a niedawno stracił matkę, która była dla niego wszystkim. To przykre wydarzenie stało się dla mężczyzny zapalnikiem do zmian. Za radą kolegi podejmuje zaskakującą nawet dla siebie decyzję. Opuszcza znajomy Poznań i na próbę przeprowadza się do małej, niewyremontowanej chatki w pobliżu Puszczy Noteckiej, aby poświęcić się nowej ornitologicznej pasji. Co prawda na razie nie umie odróżnić gila od sikorki, ale wszystkiego się z czasem nauczy, prawda?

 

Tuż po przeprowadzce nasz bohater po raz pierwszy wyrusza na poszukiwanie okazu wartego sfotografowania. Wyobraźcie sobie jego zdziwienie, kiedy pierwszym, co odkrywa… jest wisielec znajdujący się kilka metrów nad ziemią.  Stanisław od razu staje się sławny, bo wszak niecodziennie  nowy przybysz znajduje trupa. Na miejsce tragedii przybywają zaciekawieni mieszkańcy okolicy, co znacznie utrudnia Madejowi zapomnienie o całej sprawie. Nie ułatwia tego również fakt, iż któregoś dnia w progu chatki mężczyzny pojawia się zrozpaczona wdowa po zmarłym, prosząc o pomoc w odkryciu tajemnicy śmierci jej męża. Tłumacz, będąc pod ogromnym wrażeniem zjawiskowej Krystyny Guzowskiej, lekkomyślnie zgadza się zostać detektywem-amatorem. Niedługo później na korze drzewa, na którym wisiał denat, pojawia się tajemniczy napis JUDASZ. Staszek zaczyna mieć wątpliwości, czy fascynacja kobietą jest warta podjętego dla niej ryzyka.

 

Sięgając po prozę Grzegorczyka, nie liczyłam na zbyt wiele. Miało to być spojrzenie w przeszłość gatunku, który od kilku lat jest uważany za jeden z najsilniejszych w polskiej literaturze. Chaszcze  zaskoczyły mnie jednak na wielu poziomach. Pierwszym, co zwraca uwagę czytelnika, jest specyficzne odmalowanie klimatu małej miejscowości.  Jeśli oglądaliście film U Pana Boga w ogródku w reżyserii Jacka Bromskiego, to poczujecie w  Chaszczach znajome tony. Jan Grzegorczyk przedstawia bowiem małe miasteczko dokładnie tak samo jak scenarzysta produkcji z 2007 roku.

 

Mamy tu wieś którą narrator opisuje z dużą dozą ciepła oraz szczyptą ironii. Okolice Rojna to miejsce,  gdzie czas w pewien sposób się zatrzymał. Mieszkańcy wszystko o sobie wiedzą, dzięki czemu potrafią bez skrupułów obmawiać sąsiadów, by innym razem stanąć w ich obronie. To społeczność skonsolidowana wokół miejscowego kościoła, na którego czele stoi dość wiekowy proboszcz Melchior Górski. Kapłan doskonale zdaje sobie sprawę, że większość jego parafian chadza na msze bardziej po to, żeby zapełnić sobie wolny czas niż zatopić się w modlitwie. Pojawienie się Staszka sprawia, że ksiądz czuje, iż w końcu będzie miał znakomitego kompana do merytorycznej dysputy. Szybko okazuje się jednak, że Madej zaczyna zadawać dość niewygodne pytania, na które duchowny nie chce lub nie może odpowiedzieć. W związku z powyższym odsyła domorosłego śledczego do byłego prokuratora SB, niejakiego Mizery. W tym właśnie momencie niespełniony literat wpada w dość ciekawą sytuację, przypominającą nieco ironiczną potyczkę miedzy przysłowiowymi panem wójtem a plebanem i trupem w tle.

 

Warto zwrócić uwagę na dość nietypową ekspozycję zagadki kryminalnej. Sięgając po Chaszcze, niejeden niezorientowany czytelnik może odnieść wrażenie, że wcale nie czyta pełnokrwistego lekkiego kryminału, lecz dobrze dopracowaną powieść obyczajową, gdzie tajemnica jest tylko skromnym dodatkiem. Przez większość powieści zastanawiałam się przede wszystkim nad tym, czy główny bohater rozwiąże zagadkę, czy też w pewnej chwili ją porzuci, zostawiając mnie z niczym. Okruszki układanki tkwią bowiem w szarej codzienności i z pozoru banalnych rozmowach, które z czasem skłaniają niedoszłego ornitologa do prowadzenia wielokrotnie zawieszanego śledztwa. W tym miejscu warto dodać, że w momencie, kiedy poznajemy Madeja jest on totalnym fajtłapą, który nagle zostaje wrzucony w wir samodzielnego życia. W związku z tym, oczywistym jest, że przez większość czasu mężczyznę pochłaniają wyzwania zwyczajnego życia, a nie poszukiwanie potencjalnego mordercy.

 

Jan Grzegorczyk wykazał się ogromną drobiazgowością, jeśli chodzi o budowanie postaci z krwi i kości. Za postępowaniem każdej z nich kryje się oddzielna historia, którą autor przywołuje, argumentując ich postępowanie oraz sposób patrzenia na świat. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że prozaik wykazał się niezwykłą wnikliwością, jeśli chodzi o ukazywanie konkretnych wątków. Sam aspekt skrytej cukrzycy jest na tyle realistyczny, że czytelnicy, którzy na co dzień  mierzą się z tą chorobą, będą mogli dostrzec, ile czasu autor poświęcił na zgłębienie tego tematu.

 

Jan Grzegorczyk nie szczędzi czytelnikowi bolesnych rozmyślań. W książce znajduje się na przykład mało znacząca fabularnie, lecz poruszająca scena, kiedy nasz główny bohater rozmawia ze sparaliżowanym chłopakiem, tocząc wewnętrzną walkę między poczuciem zażenowania, podziwu i ciekawości. Początkowo ten fragment bardzo mnie dotknął, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że autor znakomicie oddał istotę pewnej bariery, która czasem dzieli osoby z niepełnosprawnością od całej reszty społeczeństwa. Zresztą pisarzowi udało się również uchwycić sedno nieco powierzchownego, ludycznego postrzegania wiary, nie popadając przy tym w skrajności.

 

Przez dwie trzecie powieści wydawało mi się, że Chaszcze znajdą się na liście moich ulubionych książek wydanych w zeszłym roku. Ostatecznie okazało się jednak, iż nie wszystkie żarty przypadły mi do gustu. Oczywiście poczucie humoru to kwestia bardzo subiektywna, więc będziecie musieli przekonać się sami, czy komizm autora przypadnie Wam do gustu.

 

Na koniec kilka słów o aspekcie technicznym książki. Jak wspomniałam na wstępie, Chaszcze ukazały się na polskim rynku wydawniczym  już kilka lat temu. Miałam to szczęście, że trzymałam w dłoniach obydwa wydania i z czystym sumieniem mogę napisać, że Wydawnictwo Zysk i S-ka zrobiło kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o łamanie tekstu. Wznowienie jest wzbogacone dość osobliwą grafiką pnączy, które powtarzają się przy okazji kolejnych rozdziałów. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie przepiękna żółta okładka, która będzie ozdobą niejednej biblioteczki. Niestety, jeszcze nie miałam okazji zestawić tego wydania z grzbietem kontynuacji cyklu, czyli Puszczykiem, ale mam nadzieję, że wszystko przede mną. Przyznam, że Stanisław Madej okazał się na tyle nietuzinkowym bohaterem, iż już nie mogę doczekać się jego kolejnych przygód.