Ciemne siły – Jacek Piekiełko

9kier/ Październik 14, 2017/ Książki/ 0 comments

Ciemne siły to druga książka wydana przez Videograf, z jaką miałam styczność w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Wszystko to, co przeszkadzało mi w Nowym domu na Wyrębach, tu uderza ze zdwojoną, ba, potrójną siłą, a jeśli dorzuci się do tego naprawdę kiepski warsztat, z powieści Piekiełki wychodzi piekielnie kiepska powieść.

Rzecz dotyczy grupki archeologów, którzy wyruszają na wyprawę do Rosji i w trakcie poszukiwań insygniów królewskich odnajdują pewną trumnę. Z czasem historia okazuje się unurzaną w narosłych wokół Rasputina i jego domniemanej przynależności do chłystów demonizacją bioenergoterapii (w posłowiu autor nazywa ją „zarzewiem konfliktu (…) katolickich reguł z szarlataństwem”). I choćbym w tej quasi-powieści grozy (mianem „powieści grozy” określają ją zarówno Piekiełko, jak i okładka książki) szukała strasznych elementów z wykradzioną z cerkwi gromnicą, nie znajdę nawet jednego. Jedynym w miarę klimatycznym momentem – mimo że całość rozpisano na grubo ponad 300 stron – jest króciutki fragment, w którym bohater poboczny, Kamil, po sesji u bioenergoterapeuty siedzi nocą w kuchni jak bezmyślna kukła i krzyczy do swojej żony, zresztą groteskowo i rodem z Lovecrafta, „on wyleczył ramię, ale zabrał mi duszę. Zabrał moją duszę, słyszysz?!”. A skoro już go poznałeś, nie ma sensu, żebyś, podobnie jak ja, męczył się z tym źle napisanym, przydługim (Ciemne siły zaczynały jako 20-stronicowe opowiadanie na konkurs i takim powinno pozostać) tworem.

Liczba zapadających w pamięć bohaterów? Zero. Większość z nich, z archeologami Moniką, Piotrem i Stefanem na czele, to nijakie, nieraz bazujące na stereotypach szablony, o których zapomnę, gdy tylko skończę pisać ten tekst. Liczba zwrotów akcji, o których czyta się z wypiekami na twarzy? Zero. Fabuła ślamazarzy się, tu i ówdzie przetykana scenami seksu rodem z Mastertona (to nie jest komplement) czy niby-surrealistycznymi momentami, które zamiast niepokoić wywołują śmiech lub zażenowanie. Liczba błędów i niezgrabności językowych? Sto? Tysiąc? Pięć tysięcy? Dość powiedzieć, że w dziele Piekiełki na jednej ze stron (s. 33) wystąpiły kolejno: „Stoi jak słup między drzewami, a jego oczy są jak wiertła wkręcające się w psychikę” (niestety takie potworki językowe lęgną się w Ciemnych siłach na każdej stronie), „[Piotr] usłyszał rosyjskie słowa, wymawiane szeptem, układające się w jakąś magiczną formułę. Uniósł głowę, spoglądając na Piotra” (hę?! Ktoś tu chyba zgubił podmiot) i „droga schodziła w dół” (chyba najczęściej popełniany przez autora błąd). Przypominam, wszystko to na jednej stronie! Nawet solidna redakcja nie dałaby rady uratować tej powieści, bo żeby była strawna i wciągająca – zakładając, że to w ogóle wykonalne, biorąc pod uwagę nieangażującą fabułę – trzeba by ją napisać od nowa. Piekiełko próbuje oddać klimat grozy, ale kompletnie nie radzi sobie z pisaniem o emocjach. Przegaduje dialogi, wkłada bohaterom w usta frazesy i nie różnicuje sposobu mówienia, korzysta z utartych sformułowań w czasie konstruowania opisów. Tym ostatnim brakuje mięsa, również dlatego, że mimo mnóstwa niepotrzebnych słów język Piekiełki jest idealnie przeźroczysty, pozbawiony stylu, a przez to – i duszy.

Wszystko to sprawiło, że historia, która zaczęła się nawet ciekawie – biczowaniem i orgią w czasie uroczystości religijnej – szybko mnie znudziła. Najlepszą antyreklamą niech będzie fakt, że już po kilkunastu-kilkudziesięciu stronach brnęłam w opowieść bez przyjemności, a najwięcej radości zaczęło mi sprawiać wyszukiwanie licznych błędów i niezręczności językowych („mięśniaki odpuścili dalszy pościg”). Całości nie ratuje aktualny temat, czyli nieufność wobec medycyny i uciekanie się w przypadku problemów ze zdrowiem do tzw. medycyny alternatywnej. Trzymać się z daleka.