D. Lehane, Pokochać noc

9kier/ Marzec 8, 2018/ Książki/ 1 comments

Zapowiadane na okładce zawiązanie akcji, w którym Rachel zaczyna mieć wątpliwości co do szczerości swojego drugiego męża, pojawia się w trzynastym rozdziale, na 184 stronie. Pierwsze 150 można by wyrzucić.

Powieść Dennisa Lehane’a to w zasadzie dwie powieści – psychologiczna i kryminalna. Pierwsza wlecze się jak poranek etatowca w poniedziałek rano i dotyczy przede wszystkim skomplikowanych relacji rodzinnych Rachel. Autor opisuje jej pierwsze małżeństwo, poszukiwania ojca, buduje toksyczny obraz matki. To dziesiątki stron, z których jedynym elementem mającym rzeczywisty wpływ na resztę jest trudny wyjazd dziennikarki na Haiti. W drugiej części powolna, nieporywająca historia rusza z kopyta – i dopiero tu ma szansę wciągnąć. Całość ma ponad 460 stron, ale niewykluczone, że mniej cierpliwi czytelnicy odłożą ją na półkę, jeszcze zanim na dobre się rozkręci. Gdybym nie zdeklarowała się wcześniej na recenzję, najpewniej sama odłożyłabym książkę po kilkudziesięciu stronach. Na zdrowie by jej wyszło odważne cięcie.

To typowa powieść ze średniej półki. Nie tak zła, żeby rzeczywiście było na co narzekać, nie na tyle dobra, by było co wychwalać. Nie potykałam się o fragmenty, które chciałabym cytować – ani o te absurdalne i złe, ani o zachwycające. Nie wiem, czy nijaki warsztat to efekt pracy samego autora, czy tłumaczki Maciejki Mazan, czy obojga, ale na pewno nie pomogła mu słaba korekta, pomimo której w powieści roli się od wyrazów źle odmienionych w bierniku. (Po drodze trafiłam też na jakiś błąd ortograficzny, bodajże rozdzielną pisownię „nie” z innym wyrazem, kiedy powinna być łączna). Postacie są mało wyraziste, choć powieść koncentruje się na przeżyciach wewnętrznych Rachel – dobrze, że i bohaterka z czasem się rozkręca. To zresztą powód, dla którego powieść zaczyna w pewnym momencie zmierzać w bardzo nieoczekiwaną stronę. Rzeczywiście udało się jej mnie zaskoczyć, choć zrobiłaby to w znacznie większym stopniu, gdyby pozostawiono oryginalny tytuł Since I fell. Naprawdę życzyłabym sobie, gdyby to wszystko – i zwrot akcji, i wzrost tempa, i popchnięcie historii w jedną stronę zamiast chaotycznej quasi-biografii – nastąpiło znacznie wcześniej. Nic tak nie zniechęca do lektury jak poczucie, że to, co czytasz, jest kompletnie beznamiętne, a przed tobą jeszcze 350 stron. Zresztą nawet najlepsze fragmenty okazały się zaledwie w porządku i na pewno nie jest to scenariusz, za którego ekranizację Martin Scorcese mógłby – jak w przypadku filmu Wyspa tajemnic bazującego na Lehane’owskiej Wyspie skazańców – dostać Oscara. Słowa z okładki, „Thriller, który chętnie sfilmowałby sam Hitchcock, mroczny niczym filmy Nolana, diaboliczny jak dzieła Lyncha”, naturalnie należy włożyć między bajki.

  • Viva La Placebo

    kierLove