Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć – oryginalny scenariusz – recenzja

9kier/ Lipiec 25, 2017/ Książki/ 0 comments

Nie ma co się spodziewać pełnoprawnej ósmej części sagi o Harrym Potterze, ale miłośnicy książkowej serii – ze mną włącznie – i tak rzucają się na wszystko, co osadzone w wykreowanym przez nią magicznym uniwersum. Nadzieję, że poczują choćby ułamek tego, co czuli, przemierzając błonia Hogwartu, należy chyba jednak porzucić.

 

Temat dramatu Harry Potter i przeklęte dziecko najlepiej przemilczeć, zwłaszcza że owoc współpracy Rowling z Johnem Tiffanym i Jackiem Thorne’em okazał się kwaśny, niedojrzały i ogólnie niejadalny. Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć to kolejna zabawa z formą – nie dramat, nie powieść, lecz scenariusz filmu o tym samym tytule – której, choć napisanej nieporównywalnie lepiej niż zeszłoroczny twór, również brakuje iskry.

 

A szkoda, bo jest tu ładne zawiązanie akcji (czarodziej przybywa do Nowego Jorku z walizką pełną dziwacznych stworzeń, które wymykają się do świata mugoli, tu zwanych niemagami), postaci mają sensowne motywacje (Newt próbuje schwytać swoje zwierzęta, Jacob założyć piekarnię, Tina pragnie odzyskać pozycję w magicznym kongresie), a całość tu i ówdzie oprószona jest magią, jaką pokochali fani Pottera. Rzeczona walizka okazuje się wielkim safari, rozmaitej maści stworzenia panoszą się po stronach, a Rowling raz jeszcze wykorzystała sztuczkę zestawienia nieświadomego żółtodzioba (w tym przypadku nie Harry’ego, ale Jacoba) z czarodziejską wersją uniwersum. Rzecz w tym, że mimo nieustannie tryskających z różdżek zaklęć tytułowe fantastyczne zwierzęta stanowią jedyny naprawdę fantastyczny element scenariusza, no, może poza wizytą bohaterów w interesującym Lokalu pod ślepym wieprzem, w którym za barem siedzi domowy skrzat, a z różdżki goblińskiej śpiewaczki jazzowej wylatują obrazy ilustrujące słowa jej piosenki. Przechadzka pomiędzy gniazdami i leżami istot w walizce to scena najbliższa świeżości, jaką czułam, czytając po raz pierwszy o lekcji opieki nad magicznymi stworzeniami, a i tak niemająca szans dorównać wzbudzającym autentyczną ciekawość, pełnym rozmachu wydarzeniom w Hogwarcie.

 

Jak na scenariusz filmowy – będący przecież surową formą, która zostanie dopiero przepuszczona przez wizję reżysera – czyta się Fantastyczne zwierzęta… dobrze, lekko i szybko (częściowo przez umiejętności autorki, częściowo przez formę tekstu upstrzonego zresztą prostymi rysunkami), ale zestawiać je z główną serią to trochę jak porównywać Hobbita z Władcą pierścieni. Nietrudno pozbyć się wrażenia, że gdyby Rowling zdecydowała się na powieść i dopisała do scenariusza tylko najpotrzebniejsze rzeczy, Fantastyczne zwierzęta sprawdziłyby się co najwyżej jako nowelka z grubymi stronami i całostronicowymi obrazkami. To jednowątkowe dziełko, które może zaciekawić i wywołać uśmiech, ale nie porwać. Bardzo wiernie przełożono je zresztą na język filmu, przy czym reżyser miał w tym przypadku ułatwione zadanie. W przeciwieństwie do Harry’ego Pottera i przeklętego dziecka w Fantastycznych zwierzętach… sensowne, nieprzegadane dialogi (w końcu!), które nie opisują tego, co da się pokazać, i nie są sekwencjami monologów, oraz konkretne didaskalia (w końcu!) sprawiają, że nie wstydzisz się za ludzkość do siódmego pokolenia. Na końcu znajdziesz jeszcze słowniczek terminów filmowych, z którego dowiesz się, czym są skok montażowy czy kamera subiektywna.

 

Kto by pomyślał, że Rowling pociągnie dalej temat zwierzęcego leksykonu wydanego po raz pierwszy w 2001 roku – wspomniany Newt jest jego fikcyjnym ojcem. Cieszę się, że autorka nie postanowiła oprzeć fabuły na przesadnie licznych nawiązaniach (jak to miało miejsce w przypadku Harry’ego Pottera i przeklętego dziecka, kierowanego ewidentnie do wygłodniałych fanów), a ograniczyła je do postaci Grindelwalda, Dumbledore’a oraz ze dwóch wzmianek o Hogwarcie. Z drugiej strony i tak nietrudno wyczuć w tym żerowanie na serii, zwłaszcza że przez najbliższe lata Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć odwiedzą kino jeszcze przynajmniej czterokrotnie i naturalnie to Rowling zajmie się przygotowaniem scenariusza. Życzyłabym sobie, aby zaangażowała się w pełnokrwistą powieść osadzoną w Hogwarcie lub innej szkole magii, bo nawet jeśli w najnowszym tekście nie brakuje jej warsztatowej lekkości, to tam – czuję – zostawiła serce, podobnie jak miłośnicy oryginalnej sagi. Naiwnie wierzę, że Rowling – twórczyni, która niegdyś zaczęła pisać Harry’ego Pottera na serwetce – nie potrafiłaby jej zepsuć.