Filmowy Kolor Zbrodni [KĄCIK FILMOWY #10] – recenzja filmu

Nie ma nic lepszego na walkę z przeziębieniem, a raczej z przerażającą nudą, która wynika z tego, że nie można wyjść wówczas z domu, niż obejrzeć dobry film. Wychodząc z tego założenia, sięgnęłam po „Kolor zbrodni” w reżyserii Joe’a Rotha. Już od pewnego czasu myślałam o tym, by poznać tę produkcję, ale dość słaba opinia o pierwowzorze literackim, o którym opowiadałam tutaj, jakoś odstręczała mnie od wciśnięcia PLAY na moim pilocie. Tak było do momentu, kiedy dopadła mnie grypa, a jedyną czynnością, jaką mogłam wykonać między kolejnymi kaszlnięciami, było spoglądanie w ekran. Pomyślałam, iż będzie to znakomita okazja, by nadrobić filmowe zaległości.
Plakat filmu ,,Kolor zbrodni” reż. Joe Roth (2006)

 

Fabuła

Na izbę przyjęć jednego z amerykańskich szpitali trafia Brenda Martin (w tej roli Julianne Moore) twierdząc, że została napadnięta podczas przejazdu przez park miejski, a następnie ukradziono jej samochód. Śledztwem ma się zająć doświadczony policjant Lorenzo Council (Samuel L. Jackson). Rozmowa z poszkodowaną nie jest jednak łatwa, bo dziewczyna zachowuje się dość nietypowo. Unika szczegółowych odpowiedzi i wydaje się zamknięta we własnych rozmyślaniach i mirażach. Policjant wie jednak, że może być to skutkiem przeżytego szoku, gdyż eteryczna dziewczyna pomagając dotychczas wyłącznie dzieciom z „czarnej dzielnicy”, nie doświadczyła działań miejscowych mafiosów. Kiedy Councilowi udaje się dość nietypowymi metodami przywołać Brendę do rzeczywistości, ta mówi mu coś, od czego tak naprawdę powinna zacząć. Na tylnym siedzeniu ukradzionego auta spał jej czteroletni synek Cody. Ta wiadomość zmienia wszystko. Nie wiadomo, czy złodziej zauważył obecność chłopca, a jeśli tak, to co z nim zrobił. Porwał, wypuścił, a może zabił? Rozpoczynają się poszukiwania na szeroką skalę, których nie ułatwia fakt, że miejsce zdarzenia znajduje się na granicy dwóch dzielnic, których mieszkańcy nie darzą się sympatią. Do śledztwa szybko dołącza zespół funkcjonariuszy kierowany przez brata Brendy (Ron Eldard), który pragnie nie tylko odnaleźć siostrzeńca, ale także udowodnić, że to afroamerykańska ludność Fredomland jest za to odpowiedzialna. Wkrótce wybuchają rozruchy na tle rasowym.

Gra aktorska

Julianne Moore jako Brenda Martin

Trzeba przyznać, że grę aktorską w „Kolorze zbrodni” można rozpatrywać stricte w aspekcie filmowym, a także przez pryzmat literackiego pierwowzoru. Tu trzeba przyznać, że Julianne Moore musiała odegrać rolę, która tak naprawdę nie miała prawa obronić się na ekranie. Richard Price w swej powieści stworzył postać Brendy, jako wycofanej i dość specyficznej osoby. Mógł jednak pogłębić jej portret psychologiczny, stosując opisy stanów emocjonalnych zrozpaczonej matki, która w zasadzie była zamknięta we własnym świecie. Amerykańska aktorka musiała to przenieść na kadr filmowy, zachowując osobowość Brendy z kart książki, co w sztuce zdominowanej przez obraz było w zasadzie nierealne. Podejrzewam, że widzowie, którzy nie czytali powieści, kończyli seans z przekonaniem, że Moore zagrała jedną z najgorszych ról w swojej karierze. Przez znaczną część fabuły, odgrywana przez nią bohaterka snuje się z kąta w kąt z miną zbitej z tropu szarej myszki. Oczywiście uważny widz dostrzeże kilka scen, gdzie mimika postaci zdradza jej prawdziwe oblicze. Nie ulega wątpliwości, że są takie role, które pomimo swojej głębi, nie pozwalają na eksponowanie emocji i tu widzimy właśnie taką sytuację.

Samuel L. Jackson jako Lorenzo Council

Samuel L. Jackson dopełnił postać Lorenzo Councila w sposób brawurowy. W książce był to bohater stosunkowo miałki w porównaniu do psychodelicznej Brendy, a w filmie jest wręcz odwrotnie. Scenariusz ekranizacji pokazał doświadczonego policjanta właśnie tak, jak oczekiwałam tego od powieści. Czarnoskóry śledczy stoi na granicy dwóch światów – czarnego i białego – i nigdzie tak naprawdę nie czuje się akceptowany. W pierwowzorze literackim Price uznał, że nie jest to na tyle ważne zagadnienie, aby głębiej się nad nim pochylić. Samuel L. Jackson pokazał jednak swojego bohatera właśnie przez pryzmat braku zrozumienia, które budzi w nim pewną agresję.

Edie Falco jako Karen Colluci

Jeśli chodzi o role drugoplanowe należy wyróżnić postać Karen (Edie Falco), która w filmie odrywa dużo ważniejszą rolę niż w powieści. Ta bardzo doświadczona kobieta jak nikt inny rozumie Brendę, gdyż sama dziesięć lat temu straciła dziecko i do końca nie wie, co się z nim stało. By ukoić ból, wraz z grupą innych matek w podobnej sytuacji, organizuje akcję poszukiwawczą Cody’ego, która doprowadzi do przełomu w śledztwie. Co ciekawe, choć postać grana przez Falco występuje w dość niewielu scenach, to jednak za każdym razem zwraca uwagę widza poprzez niemal zastygłą twarz, kontrastującą z kwestiami, które wypowiada.

Aspekty techniczne

Wydawałoby się, że dość ciekawa fabuła powinna być gwarancją zaangażowania widza w trakcie seansu, ale jak wiemy, nie jest to takie proste. „Kolor zbrodni” to przykład produkcji, która szwankuje przede wszystkim pod względem aspektów technicznych. Pierwszym elementem, który zaburza odbiór, jest nieprzemyślany montaż.W trakcie pierwszej rozmowy Brendy z Lorenzo widz jest zasypywany sporą ilością krótkich cięć, które zamiast podsycać napięcie powodując dezorientację. Znając powieść, doskonale wiemy, jaki był cel tego zabiegu, niemniej film w swoim głównym założeniu powinien być pewną zamkniętą całością, w której zarówno fan literatury jak i osoba, która w zasadzie nie czyta powinni znaleźć taką samą satysfakcję z seansu.

„Kolor zbrodni” w aspekcie wizualnym osadzony jest w znacznej mierze na skali szarości, co miało prawdopodobnie wzbudzić u widza pewien niepokój, na którym bazują przecież thrillery. Niestety film nie wywołuje strachu, choć sceny agresji są dość sugestywne. Problem tkwi chyba w zdjęciach, w których dominują szerokie kadry. Nie mamy w związku tym szansy, by wystarczająco skupić się na emocjach bohaterów, widzianych głównie w dalekich bądź średnich planach.

Pewnie aura tego amerykańskiego filmu byłaby dużo mroczniejsza, gdyby zdecydowano się na skopiowanie ścieżki dźwiękowej, widocznej w powieści Richarda Price’a. Co prawda byłam sceptyczna wobec tego, iż Brenda na kartach powieści słuchała bluesa i jazzu, ale gdy w adaptacji wcale tego elementu nie znalazłam, to ze zdumieniem odkryłam, że gdzieś zniknął wyjątkowy klimat tej historii.

Książka a film

Co ciekawe zarówno filmowy jak również literacki „Kolor zbrodni” to typowe pozycje ze średniej półki, które mają tyle samo wad ile zalet. W mojej opinii ta ekranizacja nie trafiła do polskich kin ze względu na fakt, iż odnosiła się ona do ówczesnych problemów wewnętrznych USA. Trudno dziwić się europejskim odbiorcom, którzy mieli prawo nie wyłapać ukrytego kontekstu. Scenariusz filmu zwraca uwagę na zupełnie inne elementy niż powieść, chociaż napisała je przecież ta sama osoba. Wbrew pozorom sama koncepcja fabuły opiera się nie tylko na zagadce zniknięcia małego chłopca, ale również na ukazaniu skrytego rasizmu amerykańskiego społeczeństwa, gdzie nie ma pełnej tolerancji, pomimo iż całemu światu wmawia się inaczej. W powieści zdecydowanie przeszkadzało mi to, że narrator opisywał tę sytuację niejako na chłodno, jakby krzywdzenie innych było po prostu mało znaczącym elementem życia. W książce występuje niewidoczna w filmie nutka znieczulicy, która uosobiona jest w postaci dziennikarki, która ze względu na nie do końca szlachetne pobudki interesuje się sprawą. W ekranizacji, gdzie postać reporterki została pominięta, to oczami czarnoskórego policjanta widzimy brutalność, której nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Poza tym film otrzymał swój morał, którego książka była pozbawiona. Może pointa jest nieco naiwna, ale lepsze takie zakończenie niż żadne.

Na pytanie czy lepiej przeczytać powieść czy obejrzeć film, odpowiem dość nietypowo. O ile zarówno książka jak i jej ekranizacja mają swoje wady, to w połączeniu świetnie się uzupełniają, dlatego warto poznawać je tylko i wyłącznie, jako jednolitą całość, gdzie jedna forma jest dopełnieniem drugiej.