Ocean bitów, czyli recenzja płyty Flume – „Flume”

Stanisław/ Lipiec 19, 2016/ Blog, Blog Stanisława/ 0 comments

Nie wiesz jaki styl obrać pisząc muzykę? Stwórz własny gatunek! Jak Flume.

Rzeczony muzyk to 26-letni człowiek z Australii o prawdziwym imieniu Harley Stretrem. W 2011 roku wygrał konkurs zorganizowany przez jedną z największych wytwórni kraju – Future Classic – i pod jej szyldem wydał swój pierwszy album, który nazwał po prostu Flume.

Artystę tego, nieznanego w Polsce (a w Australii i tylko tam będącego jednym z najbardziej znanych artystów), odkryłem niechcący, natrafiając na jeden z singli albumu – kawałek „On Top”. Po dłuższej eksploracji jego twórczości uznałem, że zakupię sobie fizyczną wersję pierwszego albumu (jak ktoś nie lubi kupować płytek i ma alergię na Spotify to cały album jest na YouTube). Po kilku tygodniach mogę wydać werdykt – to naprawdę kawał solidnej muzyki. Ale po kolei…

Wersja okładki ustawiona na obrazek wyróżniający to ta pojawiająca się w internecie, natomiast na plastikowym pudełku wygląda tak. Konia z rzędem temu, kto dostrzeże na czym polega różnica ;)

Wersja okładki ustawiona na obrazek wyróżniający to ta pojawiająca się w internecie, natomiast na plastikowym pudełku wygląda tak. Konia z rzędem temu, kto dostrzeże na czym polega różnica 😉

„Flume” to z pozoru elektroniczny album, ale nie dajcie się zwieść tej poniekąd krzywdzącej łatce. W istocie ta płyta to bardzo udany debiut będący jednym wielkim eksperymentem, bowiem Flume`a wyróżnia przede wszystkim jedno – bardzo specyficzny, nie trafiający do każdego, ale z pewnością wyjątkowy i dopracowany styl, w którym konsekwentnie się porusza. To muzyk mający wielki talent do produkowania lekką ręką wyjątkowych beatów i instrumentali, które charakteryzuje głębia, specyficzne ambienty oraz układ perkusyjny. Co więcej, mimo specyficznego stylu Flume surfuje między konwencjami na całkowitym luzie. Najlepszym tego wyrazem jest początek albumu, który otwiera wspaniała dwuminutowa kompozycja „Sintra” z poszatkowanymi wokalami, po czym artysta raczy nas dwoma perełkami albumu – utworem „Holding On” będącym w istocie swobodnym, świetnie brzmiącym beatem, a następnie na scenę wkracza trzeci track powstały we współpracy z australijskim muzykiem Chet Fakerem – „Left Alone” (który jest po prostu piosenką śpiewaną do podkładu stworzonego przez Flume`a). I – znowu muszę użyć tego powtarzającego się powoli wyrażenia- obaj panowie muzykują z niesamowitą swobodą. Rozlatujące się, nie wyrabiające na zakrętach i poprzeciągane wokale Chet Fakera brzmią jakby muzyk wszedł do studia totalnie zblazowany, pośpiewał sobie i wyszedł. Wiedząc przy tym, że brzmi tak rewelacyjnie, że nie musi robić nic więcej, aby utwór był jedną z najjaśniejszych gwiazd na nieboskłonie albumu.

Swoboda, swoboda i jeszcze raz swoboda. Sleepless, Warm Thoughts, Change, Space Cadet – wszystkie te instrumentale rozpływają się w uchu tworząc niepowtarzalny, poniekąd wakacyjny i eteryczny klimat. Perkusje, trzaski, kobiece wokale, kolejne syntezatory… słuchać tego to czysta przyjemność. To są jednak utwory dające nam pozytywne wibracje, a co jeśli chcemy trochę odlecieć? Proszę bardzo, odpalamy na rozgrzewkę Star Eyes, który z poprzeciąganymi dźwiękami oraz niezidentyfikowanymi okrzykami zabiera nas w inny świat, po czym przejdźmy do More Than You Thought.

Utwór ten to istny outsider albumu, będący pełnym popisem możliwości Flume. Przypominające nieco dubstepowe wibracje łączą się tutaj z ambientowym refrenem, przy którym odlatujemy dosłownie w kosmos. Jest to utwór wyjątkowy i naprawdę wyróżniający się na tle reszty albumu. Jest również jednym z dłuższych- liczy sobie około cztery minuty. Po przesłuchaniu go możemy wrócić na ziemię, postawieni na nogi przez energiczny On Top. To kolejny bardzo wyrazisty utwór, ponieważ to jedyny rap na płycie. I wiecie co? Szkoda, że jedyny. Flume stworzył do niego fenomenalny, porywający podkład bardzo dobrze komponujący się z wokalami. Bardzo dobrze się go słucha również jako czysty instrumental – jeśli komuś ten utwór przypadł do gustu, polecam.

Na koniec muzycznej podróży zostało nam tylko kilka utworów – powoli rozkręcające się i bawiące się wokalami zaproszonej artystki Insane oraz dosyć standardowa piosenka Bring You Down.

Podsumowując, to płyta, która albo wam całkowicie się nie spodoba, albo podłapiecie specyficzny styl artysty od razu i zasłuchacie bez reszty. Ja, co widać po owej recenzji, jestem ewidentnie w tym drugim obozie. Serdecznie polecam wszelkim amatorom muzycznych i elektronicznych wrażeń. Flume stworzył przecudowny debiut i warto to docenić oraz dać mu szansę.

A w kolejce jeszcze wisi jego najnowszy album, Skin