Gwiazda Śmierci od kuchni – recenzja powieści Michaela Reavesa i Steve Perry`ego „Gwiazda Śmierci”

Zasiadając do lektury książki o najpotężniejszej broni galaktyki stworzonej przez ociekające złem Imperium nie spodziewałem się raczej, że będę czytał o losach tamtejszej kantyny, gdzie szturmowcy piją po pracy czy siłują się na kredyty, perypetiach miłosnych prowadzącej ową knajpę i uciekiniera z planety więziennej albo dylematach moralnych generała obsługującego potężny superlaser. Co więcej – mimo tego oraz braku wartkiej akcji bawiłem się świetnie. Takiego podejścia do kwestii Gwiazdy Śmierci nie można po prostu uznać za wadę!

Fajrant. Żołnierze zdejmują hełmy, przeklinają ich nieporęczność, złorzeczą na władzę i szturmem udają się do kantyny napić się dobrego piwa po pracy. Na miejscu są już rozzuchwaleni piloci, którzy podrywają dziewczęta i szpanują swoją rangą. Tymczasem atrakcyjna barmanka flirtuje z jednym z gości przy ladzie, a w tle przygrywa ledwo słyszalna przez gwar muzyka na żywo. Historyjka rodem z jakiejś barówy podczas drugiej wojny? Nie, to Gwiazda Śmierci, najpotężniejsza broń galaktyki, gdzie stacjonuje, jak to wynika z sagi, samo zło, a szturmowcy przemierzają w nieskończoność sterylne, puste korytarze i nie mają życia.gwiazda_bg

Na widok spisu postaci (!) liczącego sobie ponad dziesięć osób na początku książki można złapać się za głowę. Kiedy w dodatku zorientowałem się, że każdy rozdział jest opatrzony miejscem akcji przypominającym nieco teatralne didaskalia, byłem prawie w stu procentach pełen, że trafiłem na paździerz. Szybko jednak orientujemy się, o co chodzi; „Gwiazda Śmierci” to historia około siedmiu osobowości. Wątek zmienia się co rozdział, a owe didaskalia są po prostu deską ratunkową, żebyśmy nie zatonęli w nawale ludzi. Kogo tu nie ma? Jest strażnik z kolonii karnej, który po godzinach uczy słabszych samoobrony. Jest jego podopieczny, jeden z setek więźniów, którzy jakimś cudem nie zginęli w walce o przetrwanie, niejaki Ratua. Jest babka, Twi`lekanka (to ci niebiescy z ogonami wyrastającymi z głowy), która straciła całą swoją knajpę w pożarze. Jest jej ochroniarz. Jest pilot, chirurg, archiwista biblioteki… dobra, połowa głównych bohaterów już za nami. Tak, jest ich jeszcze więcej! Każdy ma swój wątek, swój rozdział, swoje miejsce w gwiezdnośmiertnej układance i dzielą się książką mniej więcej po równo. Są to zarówno imperialni jak i rebelianci. Mają jednak cechę wspólną; są wszyscy bardzo sympatyczni, a przy tym zróżnicowani i świetnie oddani. Nie umiem powiedzieć, który najbardziej mi się spodobał; mogę tylko przyznać, że nieco mniej tolerowałem Teelę (więzień polityczny) oraz bosmana, pasjonata artylerii. Wszyscy ci ludzie trafiają w pewnym momencie na osławioną Gwiazdę, o której krążą już setki plotek (książka opowiada dzieje tej pierwszej – od początków budowy do wybuchu).

Każda z postaci ma swoją osobną historię, która, jak można się domyśleć, splata się z resztą w którymś momencie powieści. I tu, muszę przyznać, nieco opadła mi szczęka. Książka bowiem, mimo pisania z kilku perspektyw jest niesamowicie spójna. Standardem jest oglądanie jednej sceny z oczu dwóch postaci, mijanie się w ich korytarzu, przemyślenia jednej na temat drugiej. Barmanka, gawędząc z jednym z bohaterów, obserwuje pilota (tak, jedną z postaci), który rozmawia z jeszcze inną bohaterką i ostatecznie ją podrywa. Wszystkiemu przygląda się inna postać którą poznaliśmy na początku książki. Zadziwiające. Jedynie jeden wątek, mocno psychologiczna historia bosmana przydzielonego do obsługi superlasera nie ma związku z resztą. Ale w sumie co z tego, skoro jego działania odbijają się na całej, bagatela, półmilionowej załodze bazy?

Jak już mogliście się domyśleć, powieść ta nie jest stricte gwiezdnowojenna. Owszem, mamy wątek Vadera, który nieco odmienia klimat, wprowadzając tym samym mroczność i Sithowy powiew (swoją drogą nie spotyka się on z poważaniem bohaterów; większość żołnierzy nazywa go „pupilkiem Imperatora” albo „tym kimś, który wziął się znikąd u jego boku”), ale nie uświadczymy tu walk na miecze czy epickich intryg. To po prostu w 90 procentach obyczaj pięknie wpleciony w uniwersum SW i korzystający ze wszystkich jego dobrodziejstw. I właśnie tutaj docieramy do głównej zalety powieści…

…a jest nią niezwykle ludzkie podejście do sprawy. Jeśli zadawaliście sobie jakiekolwiek pytanie natury technicznej – jak ze związkami żołnierzy? Gdzie śpią? Jak się relaksują? Czy to bezmózgie imperialne maszyny, czy może ludzie, którzy po prostu urodzili się po nie tej stronie? Jak to jest z systemami komputerowymi? Jak doszło do budowy takiego olbrzyma? Co za ustrojstwo to zasila? Dlaczego nie dało sobie rady z kilkoma głupimi stateczkami z Nowej Nadziei? – odpowiedzi na te wszystkie pytania znajdziecie tutaj. Gwiazda Śmierci okazuje się być po prostu społecznością jak każdą inną. I tu panuje biurokracja, nienadążanie za terminami, trzeba poprawiać badziewne projekty, każdy ma swoje zdanie na temat Imperium niczym współcześni ludzie na temat partii politycznych… Zapomnijcie o szturmowcach służących ku chwale Wielkiego Imperatora z wypranymi mózgami! To wszystko zwykli ludzie, tacy jak my. Oderwani na front od rodzin, zatrzymani bezwzględnym rozkazem zostania na służbie do odwołania i ze swoimi problemami. Co więcej, poznajemy historię tych ludzi w „dziwnych, niepraktycznych hełmach, które ktoś projektował aby wyglądały, a nie służyły”, pociągających za wajchę odpalającą superlaser i niszczących Aldeeran, zdziwienie wszystkich na widok znikającego Obi-Wana (Vader rozkminia to bite trzy strony). Autor pokusił się nawet o wyjaśnienie, czemu szturmowcy tak nieudolnie gonili Hana Solo! (malutki spoiler – jednym z nich okazuje się być nasz bohater, bardzo dobry zresztą człowiek) i poruszył kwestię wykradnięcia planów oraz bzdurnego szybu wentylacyjnego. Po prostu wszystko!

I za to tę książkę pokochałem. Jest to swoją drogą jedna z niewielu powieści ostatnio, w które wsiąkłem bez reszty. Czytanie o perypetiach tych wszystkich ludzi naprawdę wciąga i potrafiło mi wyjąć cały wieczór z życia.

Co należy dodać, mimo iż wydana w 2010 roku i wbijająca swój klin w dziesiątki książek jest ona w pełni kanoniczna i kompatybilna ze Starym Uniwersum Legend, zepchniętym do roli „alternatywnej historii galaktyki” przez Disneya. I wiecie co? Szkoda, że Disney raczej nie patrzył na tą książkę kręcąc „Rogue One” (a to łotry jedne 😀 ). Wielka szkoda.

Zdecydowanie polecam!