Huśtawka – recenzja „Czerwonej Gorączki” Andrzeja Pilipiuka

Stanisław/ Grudzień 11, 2015/ Blog, Blog Stanisława, Książki/ 0 comments

Kiedy otworzyłem ten zbiór na pierwszej stronie i przeczytałem trzy zdania jęknąłem: „o nie, nie moje klimaty, nie przeczytam tego”. Skoczyłem więc prędko do spisu treści i wybrałem na chybił trafił jedno z opowiadań, po czym zacząłem czytać je w losowej kolejności. Każde kolejne opowiadanko, które czytałem, podobało mi się coraz bardziej. Zacząłem się zastanawiać; czy to ja się przyzwyczajam, czy niechcący wybieram coraz lepsze? Niestety, wraz z dojściem do ostatniego — tytułowego — okazało się, że raczej to drugie.

Przyznam się bez bicia — to mój pierwszy kontakt z twórczością Pilipiuka. Książkę wygrzebałem z odmętów stoiska konkursowego (miałem kilka pozycji do wyboru) zachęcony znanym nazwiskiem i przepięknym wydaniem. Byłem bardzo ciekaw, jak wygląda jego twórczość i co przysporzyło mu tyle popularności.

Zacznijmy może klasycznie od wydania. Książka jest ślicznie oprawiona, z miłą w dotyku matową okładką, wstawkami z błyszczącego, śliskiego tuszu (warto by sprawdzić kiedyś, jak to się nazywa :D) oraz nawet czerwoną wstążeczką do zaznaczania ostatnio przeczytanej strony — coś wspaniałego! Jakby nam tego było mało, każde opowiadanie jest ilustrowane jakąś wyrwaną z kontekstu ładną ilustracją ołówkową. Jako ciekawostkę dorzucę też, że tytuły opowiadań są pisane cyrylicą udającą polskie litery. Rosjanin płakał, jak czytał… albo, jak uczył się polskiego, dostawał rozdwojenia jaźni.

Tematyka opowiadań krąży najczęściej wokół wydarzeń historycznych i ich alternatywnych wersji oraz typowych motywów fantastycznych — światy równoległe, cofanie się w czasie, duchy i takie tam. Kilka jednak zbacza z tak obranej ścieżki i opowiada o historiach inspirowanych szkolnymi latami albo o, dajmy na to, niedołężnym redaktorze-pijaku. Ale czy robią to dobrze?

Rozjazd jakościowy jest naprawdę spory, przy czym wszystkie opowiadania trzymają jednak solidny poziom warsztatowy, pod który się nie zniżają. Problem jest po prostu niekiedy z fabułą. Niektóre opowiadanka w siebie wmuszamy, inne czytamy z czystą przyjemnością. Za najlepsze uznałbym zdecydowanie Samolot Von Ribbentropa, w którym czytamy zmagania dziennikarza pochodzącego z jakiegoś alternatywnego świata z pisaniem artykułu specjalnego z okazji rocznicy zwycięstwa Polski nad Trzecią Rzeszą. Jako tematykę obrał jedno z kluczowych wydarzeń historii Polski tamtego okresu — tajemnicę zestrzelenia samolotu Ribbentropa, który akurat wracał z ZSSR po podpisaniu paktu. Brzmi ciekawie i takie w istocie jest — wielowarstwowe, interesujące, fajnie pomyślane i chyba najdłuższe w zbiorze. Takie wymysły jak celebrowanie zrzucenia polskiej bomby atomowej na Londyn cieszą równie jak kopnięta wizja Kosika w Świecie Zero 2, gdzie Polska również jest międzynarodowym mocarstwem i pozostaje pod władzą króla. Świetny na swój sposób jest również Silnik z Łomży, przedstawiający nam ponownie zmagania pismaka — tylko że w tym przypadku totalnego nieudacznika — z artykułem do miejskiego brukowca. Jest to opowiadanko zabawne i groteskowe (choć zdarza się kilka durnych, oklepanych motywów komediowych), ale najlepsza jest w nim zdecydowanie przewrotna końcówka. Tak samo, jak w Operacji „Szynka” wyjaśniającej czemu mamuty nie przetrwały do naszych czasów. Z kolei Wujaszek Igor, choć średnio porywający, wyróżnia się fajnym konceptem na fabułę. Bo co powiecie na piłsudczykowski pociąg nawiedzający powojenną Polskę?

Niestety, zdarzają się również opowiadania kiepskie albo takie, które są naprawdę świetne, ale trapione wspólną chorobą (a może gorączką?) słabego rozwiązania akcji na końcu. Niestety, prawie wszystkie końcówki opowiadań w owym zbiorku sprowadzają się do wyjaśnienia całej intrygi lub heroicznego, patrzącego w przyszłość stwierdzenia, że „muszę iść w świat i zbawić ludzkość”/„kiedyś wstąpię gdzieś i uratuję coś”/„muszę ostrzec” i takie tam. Dodatkowo hamują naprawdę dobrą fabułę niczym dramatycznie zaciągnięty hamulec ręczny. Można więc śmiało im zarzucić, że mają nierówno rozłożoną akcję.

Tak więc z lepszych, ale chorych na ową przypadłość opowiadań mamy Po drugiej stronie — pełne smaczków opowiadanie o syndromie podwójnego świata, które czyta się doskonale, dopóki Pilipiuk nie zaciągnie ręcznego na ostatniej stronie (a może drugiej, hyhy) i wyłoży nam na tacy całą zagadkę. Na uwagę zasługuje również Gdzie diabeł mówi dobranoc — bardzo ciekawa historia wyprawy dwóch amerykańskich naukowców w odległej przyszłości do absolutnie zacofanej Eurabii. Temat ostatnio na fali, a zbiór został pierwotnie wydany w 2007 roku! Opowiadanie ma dobrze wykreowany świat, fajny wątek, całą masę pomysłów i przedstawione zadziwienie przybyszów dziwacznymi technologiami Arabów plus opisy ich niezwykłych, konserwatywnych zwyczajów… które są rujnowane przez dziwaczny i nieco prozaiczny (jak się okazuje) powód przyjazdu braci, po czym autor już zbija nas z tropu, totalnie zaciągając nasz kochany rodzaj hamulca oraz słabe rozwiązanie akcji. Cóż za potworne combo! Nie zmienia to na szczęście faktu, że to jedno z lepszych opowiadań w zbiorze.

A reszta? Cóż… Niezłe założenie połączone ze zwykłym warsztatem na poziomie, nienaturalnym zachowaniem postaci, wyżej opisaną chorobą końcówkową i rodzajem nijakości. Ten opis spokojnie może posłużyć za zbiorczą ocenę Gruchy, Czerwonej GorączkiZeppelina (tu mamy słabe założenie, ale dobrze rozpisane — do pojawienia się zagadki), totalnie rozłażącego się Piórka w żywopłocie oraz Błękitnego Trądu. To ostatnie w ogóle jest dziwne, bowiem z nic z niego absolutnie nie wynika. Mamy historię, historia się skończyła, nic nie wynosimy z lektury (emocji również), następuje koniec. Aha.

Język zbioru jest prosty, ale nie prostacki. Autor pisze proste, nieskomplikowane zdania i nie bawi się w opisy, ale robi to naprawdę dobrze. Nie zmienia to jednak, niestety, jakości fabuł co poniektórych opowiadań.

Jednak uważam, że jest to mimo wszystko zbiór warty przeczytania. W odkrywanie kolejnych opowiadań można bardzo szybko wsiąknąć i dobrze spędzić czas „zaliczając” wszystkie po kolei albo losowo. Niestety, nie jest on jednak wybitny i cierpi na sporo przypadłości. Podsumowując niczym Strasburger… dopadła go czerwona gorączka. Końcówkowa.