Witamy w Instytucie – „Instytut” Jakuba Żulczyka, recenzja

Alex/ Marzec 9, 2017/ Książki/ 0 comments

WITAMY W INSTYTUCIE MOIM MILI,

KIM SĄ „ONI”?

„Oni” wejdą, a my wyjdziemy. Gdy wyjdziemy, możemy przecież zrobić wszystko

 

17198405_1277530768998696_745771781_n            Pozwólcie na chwilę swoim gałkom ocznym odpocząć. Zamknijcie je i zastanówcie się jak brzmi odpowiedź na pytanie „Jak często się boję?”. Wyobraźcie sobie, że macie wpływ na swoje życie, że nie jesteście tylko bohaterami w teatrze szmacianych kukiełek, w którym to nie wy pociągacie za sznurki. Zapraszam Was na recenzję powieści, która przez chwilę wypełni was do szpiku kości uczuciem odrealnienia oraz ogromem bezsilności, który stanie się nie do zniesienia. Nakarmi was też szczątkami nadziei, czyli naszą podstawową życiową abstrakcją. Tak, szczątki to idealne określenie.

The game is on.

„Instytut” Jakuba Żulczyka w wersji poprawionej z 2016 roku został przeze mnie przeczytany dwukrotnie. Z przykrością stwierdzam, że za drugim razem smak rozczarowania był jeszcze bardziej gorzki. Z ogromnej miłości do całokształtu twórczości Żulczyka przyznam, że czasem bywał też słodki, aczkolwiek tylko od czasu do czasu. Zgodnie z głównym kanonem przedstawienia Wam lektury w sposób przystępny, rozpocznę swoją przemowę od opowiedzenia, jak zabawnym kryptonimem jest ten tytułowy INSTYTUT. Tak naprawdę to żartowałam, najlepsze pozostawię Wam na koniec. Sztabka złota na torcie materialisty.

Fabuła naszego literackiego deseru o smaku lukrecji dotyczy przede wszystkim życia pani Agnieszki, sfrustrowanej kobiety, byłej studentki ASP, która podjęła kilka złych decyzji. Na towarzysza swojego życia wybrała mężczyznę, który mówił dużo i ciekawie, a ona mogła topić się w jego ARTYSTYCZNEJ aurze i chłonąć jego niewyczerpane zasoby potencjału, których jak się później okazało tak naprawdę nie miał.

I […] wszystko było wspaniale, bo przecież u każdego „wspaniale” wygląda mniej więcej tak samo. […]
A potem wszystko zaczęło się pieprzyć, co jest dużo ciekawsze, bo u każdego wszystko zaczyna się pieprzyć odrobinę inaczej.”

Ups. Najważniejszą osobą w jej życiu jest córka, Ela. Centrum  wszechświata naszej bohaterki. W pewnym momencie sprawy komplikują się, a Agnieszka przeprowadza się do mieszkania o intrygującej nazwie znajdującej się na domofonie. W Instytucie mieszka ze swoimi nowo poznanymi w barze znajomymi. Pojawiają się tam różne, bardzo kontrastowe postacie, między innymi Rumun, Iga, którą można określić jako lewicową terrorystkę, Sebastian, czyli prawicowy kibol, który dostaje orgazmu na widok kolejnej dawki sterydów czy Weronika, która otoczona jest warstwą metafizycznej alienacji (cokolwiek to znaczy). Pewnego dnia, wszyscy wymienieni przeze mnie tutaj przedstawiciele gatunku homo sapiens zostali zamknięci w swoim własnym mieszkaniu. Okna zostały zamurowane, a zbiorowa panika narastała.  Jeśli myślicie, że brzmi to irracjonalnie to co powiecie na fakt, że ludzi, którzy tak ich urządzili nazywają „ONI”. Brzmi mi to prawie jak wstęp do wykładu o iluminatach. Wraz z rozwinięciem się akcji, możemy poczuć co raz silniejszy lęk i frustrację. Wyciągnąć również pewne wnioski, ale o tym za chwilę.

KIM SĄ „ONI”?

Interpretacja tego jak sądzę, może być szeroka niczym Wisła. ONI zamykają nas w hermetycznym pudełku, kontrolują nasze życie. Dla każdego z nas jednak mogą być kimś innym. Przykładowo dla Sebastiana są oni policją, dla Weroniki wydarzeniami z przeszłości. Są źródłem zła i ograniczenia w zależności od grupy docelowej. Są też obserwatorami naszego życia, którzy trzymają rękę na pulsie. Wyczuwam tu wyraźną aluzję do nazistowskich ideologii, pojawia się segregacja społeczeństwa, ONI mówią stanowcze NIE równości. Brzydzą się nią. Są totalitarnymi sukinsynami, którzy trzymają nas w swoich ramionach. Po trupach do celu. Szach i mat.

Autor chciał pobawić się w polskiego Stephena Kinga, wymyślając bardzo zgrabny pomysł na fabułę, która niestety nie jest jednak zbyt dopracowana. Jeśli dopiero zaczynacie przygodę z literaturą tego polskiego pisarza, nie zaczynajcie od tej książki. Kiedy zostawicie ją na koniec, dużo więcej będziecie w stanie mu wybaczyć. Nie jest to dobrze przemyślana książka,­ czuje się niedosyt, ponieważ niektóre akcje pozostają nieDOrozwinięte. Rozczarowanie, niedosyt, jednakże również zaciekawienie tematyką. Pomysł był intrygujący, aczkolwiek wykonanie nie najlepsze. Przesyt wulgaryzmów, które tym razem nie są stosowane w sposób wyważony, sprawiają wrażenie, że momentami tekst który czytamy jest grafomańskim bełkotem przystosowanym do większości analfabetów wtórnych. Brawo.

Nie chcę jednak skreślać tej książki, ponieważ jej mocną stroną jest warstwa metaforyczna. Fabuła grozą nie wieje, częstokroć wręcz wyczuwa się napięcie budowane na siłę. Krew, krew i krew. Bardziej mrożący krew w żyłach jest sam wniosek, może dlatego, że jest prawdziwy? W ciekawy sposób konfrontowane są również dwie skrajne postawy polityczne, które reprezentują Iga i Sebastian. Przedstawienie szufladek umysłowych poprzez satyryczne kreowanie postaci jak najbardziej na plus.

Reasumując, Jakub Żulczyk wpadł na świetny pomysł przedstawienia nam brutalnej prawdy na temat naszej symulacji życia, które zmieniamy w tytułowy INSTYTUT, stojąc w miejscu i bojąc się posunięcia do przodu. Umieramy z trwogi przed zmianami. Wszystko dokładnie analizujemy i żyjemy w ciągłym strachu. Akceptujemy świat posłuszni niczym baranki prowadzone na rzeź i z aprobatą klaszczemy wraz z tłumem nawet gdy rzeczywistość przypomina tragedię antyczną.

 

„Będą nas tutaj trzymać, dopóki nie oszalejemy do reszty, dopóki nie staniemy się tak słabi i wygłodzeni, że będziemy mogli tylko leżeć na parkiecie i patrzeć tępo w stronę drzwi. […] Oni chcą czystej zabawy, chcą tego nieokreślonego czegoś, czego chce kot przerzucający sobie z jednej łapy do drugiej jeszcze żywą mysz ze złamanym kręgosłupem.

 

Autorka tekstu: Alicja Regiewicz