Jarosław Borszewicz – Mroki recenzja

Panna A./ Wrzesień 1, 2017/ Bez kategorii, Książki/ 0 comments

Jarosław Borszewicz – Mroki recenzja (opowiem o tym jak sprzedałam swoją duszę tej księdze)

Czasami, kiedy przeglądam wyniki badań czytelnictwa i mogę otwarcie przyznać przed sobą, że czytam znacznie więcej niż przeciętny Polak, zastanawiam się jak długo trzeba czekać na moment zaskoczenia. Ile książek i liter trzeba przygarnąć, żeby spotkało nas prawdziwe poruszenie. Czy nie właśnie na to czekam? Na te słowa, które nie pozwolą mi później zasnąć i normalnie funkcjonować, na litery które mnie ukrzyżują. Kocham te krótkie momenty rozstrojenia i z przyjemnością stwierdzam, że kolejna lektura trafiła na moją osobistą listę cudów świata.

Jarosław Borszewicz „Mroki”. Ciężko zdefiniować mi, czym właściwie jest to dzieło.
Zbiór poezji, luźnych myśli, czy wyjątkowo ciemną opowieścią? Definiowanie tego nie jest jednak konieczne. Czymkolwiek to jest, a musicie wiedzieć, że jest czymś wyjątkowym, owładnęło mnie swoim pięknem.

Pięknem smutku. Jego najbardziej urodziwym obliczem

Na wstępie zaznaczam, że tekst będzie solidnym rogiem obfitości, jeśli chodzi o fragmenty owego dzieła. Chyba sami rozumiecie, że to silniejsze ode mnie.

Nie na takie loty krojono nam skrzydła.

 

Wszystkie moje mroki zostały wyciągnięte siłą na światło dzienne. Dalej jestem skonsternowana.

 

Momentami czułam się przygnieciona do ściany. Twór ten jest zbiorem myśli i wątków, które podczas czytania poznajemy coraz dokładniej. Może właśnie dlatego, że nie dostajemy od razu przedstawionych na tacy przeżyć i historii, jeszcze bardziej chcemy je poznać?
Jest to wielki ukłon w stronę dusz romantycznych, zagubionych i owładniętych depresyjnymi refleksjami.
Moja dusza została kupiona. Z przyjemnością oddaję ją w ręce tej książki! Motywem dominującym jest śmierć. Pojawia się ona praktycznie w każdym zlepku tego dzieła, przewija się ona nieustannie we wspomnieniach czy myślach. Czasami powoduje swoją obecnością ciarki na ciele i wyraźny chłód na plecach.

Całość jest niebywale poetycka i czasami bezpośrednia tak bardzo, że mamy ochotę schować się przed światem w ciemnym kąt.
Po przeczytaniu jej poczułam się, jak gdyby w moim ciele zostały wylane hektolitry ropy, a umysł został związany sznurem.
Muszę przyznać, że ten nieład, chaos poetycki i liryczny styl momentami doprowadzał mnie do łez. Coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się niespójnym zbiorem losowych treści, tworzy harmonijną całość, która pochłania nas bez reszty. Po ciężkim fragmencie dostajemy na deser lekki, który pozwala nam złapać oddech.

Budzi filozoficzne refleksje i częstokroć zachwyca, tak samo jak przeraża.


To jest pięknie smutne, tak piękne, że aż po przeczytaniu wewnętrzny smutek zastąpiła euforia. Dużo o miłości, śmierci, wewnętrznych rozterkach, dylematach, załamaniu nerwowym i notorycznej niechęci do życia, a także szukaniu sensu.
Idealna lektura dla wszystkich nadwrażliwców, melancholików, czy ociekających nihilizmem istot.

Chciałbym
zrozumieć człowieka,
który skacze z szesnastego piętra
i w locie krzyczy:
– Nie ma śmierci!

Alicja Regiewicz