John Irving ,,Czwarta ręka” – recenzja

Życie to wielki żart, a śmierć jest ostatnim gagiem istnienia”

                                                                 Zacznę głośnym i wymownym ziewnięciem, gdyż podczas czytania „Czwartej ręki” moje powieki bardzo często robiły się ciężkie. Zmęczę więc Was trochę tą recenzją. W końcu mój umysł przechodził męki, by dobrnąć do końca tej lektury. Poczujcie razem ze mną to cierpienie. Do sedna. Istnienie owych męk zaskoczyło mnie niesłychanie, gdyż Irving jest pisarzem, którego twórczość bardzo lubię. Brakowało mi chyba fajerwerków i głośnych wybuchów bomb atomowych. Było po prostu cicho, i odrobinę mnie to zasmuciło.

               „Czwarta ręka” opowiada historię nowojorskiego dziennikarza telewizyjnego, któremu lew na oczach milionów widzów odgryza rękę. Powoduje to, że staje się on jednorękim celebrytą, który nadal pełni funkcję prezentera w mediach. W międzyczasie chirurg Zajac szuka możliwości przeprowadzenia pierwszej w Stanach Zjednoczonych transplantacji dłoni. Trwają więc poszukiwania odpowiedniego dawcy. Do doktora Zajaca zgłasza się niejaka Doris Clausen, która oferuje bostońskiej klinice dłoń swojego męża. Brzmi to choć trochę ciekawie? Nic bardziej mylnego.

             Nie będę jednak ignorantką i od razu zaznaczę, że książka mimo iż zanudziła mnie okrutnie, pod względem samego warsztatu jest napisana bardzo dobrze. Choć sama fabuła nie porywa, a najbardziej przyciągający wątek z doktorem Zajacem i jego synem urywa się jakoś w połowie powieści, to trzeba jednak przyznać Irvingowi jedno. Jest on niepodważalnie mistrzem intrygi oraz wszechobecnej abstrakcji oraz elementów zaskoczenia. Cenię sobie również jego poczucie humoru, przesycone zarówno erotyzmem jak i częstokroć polityczną kpiną.

              Sama przemiana głównego bohatera – Patricka Wallingforda, która stanowi jeden z głównych wątków powieści, wprawiła mnie w lekkie zażenowanie. Z seksualnego anarchisty Patrick staje się tatusiem roku. Rozgotowany banał i niedojrzała wisienka na torcie. Interesujący jest jednak sposób w jaki Irving krytykuje działanie mediów. Im bardziej głupi, żenujący czy groteskowy wypadek tym lepiej. Pokazuje nam w ten sposób bez skrupułów jak mocno w mediach wyciągane jest na wierzch to co krwawe, banalne i brutalne, a jak bardzo chowane pod kołdrą jest to co najistotniejsze. Nie bez kozery Irving uznawany jest za najlepszego pisarza na świecie, jego warsztat jest imponujący. Aczkolwiek sama fabuła trochę mnie zmęczyła, dlatego nie będę męczyć się już dalej. Powiem Wam jeszcze tylko jedno, jeśli dopiero zaczynacie przygodę z Irvingiem, nie zaczynajcie od tej książki.

Dziękuję za uwagę.