Iracki Frankenstein – „Karbala” – recenzja filmu

W kwietniu 2004 roku grupa Polaków, Bułgarów i Irakijczyków przez trzy dni broniła przed muzułmańskimi rebeliantami ratusza w mieście Karbala. Fakt ten przez wiele lat był utrzymywany w tajemnicy przez NATO. W sumie do dzisiaj, zgodnie z oficjalną wersją, polscy żołnierze nie brali udziału w bitwie. Nie przeszkadzało to reżyserowi Krzysztofowi Łukaszewiczowi w nakręceniu filmu opisującego te wydarzenia pod jakże treściwym i prostym tytułem „Karbala”.

Zacznijmy od tego, że film jest naprawdę dobrze zrealizowany pod względem technicznym. Stroje, scenografia, efekty specjalne robią spore wrażenie i widać, że ktoś po prostu usiadł i porządnie to wszystko przemyślał. Wrażenie robi też ogólny klimat filmu, świetnie oddający zabójcze gorąco pustyni i ciągły strach przed wrogiem.

Początek jest dość ciekawy, mamy zarysowane parę wątków, a typowe hollywoodzkie triki pokroju żony płaczącej do słuchawki są ograniczane do minimum. Otrzymujemy, co prawda, parę niesamowicie przerysowanych postaci – pełen chęci, ale bojący się wojny świeżak, sprawiedliwy dowódca, jego zbytnio zasadniczy przyboczny, dwaj bracia, z których młodszy dopiero co trafił na front. Ot, parę klisz, które jednak nie zraziły mnie jakoś okropnie do filmu. Potem jednak przychodzą fabularne meandry.

Wątek dwóch braci zostaje całkowicie porzucony, a jego nagłe zakończenie otrzymujemy dopiero na końcu filmu. Świeżaka postawiony zostaje w sytuacji, w jakiej chyba ten typ postaci jeszcze nigdy nie został postawiony i, podobnie jak w poprzednim wątku, jego historia wraca na kliszowe tory dopiero pod koniec. W zasadzie jedyną postacią, jaka przechodzi przewidywalną przemianę jest wspomniany już przyboczny głównego dowódcy, niejaki porucznik Sobański (świetnie grany przez Tomasza Schuchardta). Piekło walki zmywa z niego początkową zasadniczość i uczy pokory. Jednak przy reszcie postaci fabuła idzie w rejony, które są dla widza nieprzewidywalne.

Streszczając poprzedni akapit: film daje nam parę kliszowych postaci, których historia, jak się zdaje, pójdzie torem nad wyraz przewidywalnym, po czym okazuje się, że tak nie będzie. Jeszcze krócej: film jest nieprzewidywalny. Ale czy to dobrze?

Być może wyjdę na jakiegoś prymitywnego pożeracza popcornu, który od kina nie oczekuje niczego więcej jak wybuchów, kokainy i seksu. Ale tak wcale nie jest. Potrafiłem zachwycić się „Birdmanem” czy „Frankiem”, a i „Ida” zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Jednak gdy widzę, że reżyser bierze kliszę i stara się ją jakoś wykrzywić, zmanipulować tak, żeby przestała być tą kliszą, to oczekuję, że będzie to do czegoś fabularnie prowadzić. A w „Karbali” niestety tak nie jest. Wątek świeżaka idzie na początku przewidywalnym torem, potem nagle reżyser chce z tego zrobić coś zupełnie innego, a na końcu i tak wraca do tej powtarzalnej sieczki i historia naszego nowicjusza kończy się w sposób tak przewidywalny, jak tylko można (przy scenie wynoszenia dziewczynki z płonącego meczetu chciałem wydrapać sobie oczy).

Z historią naszych braci jest jeszcze inaczej. Rozpoczyna się kliszowo, potem w ogóle znika z filmu, tak jakby Łukaszewicz nie mógł jej wygiąć na tyle, żeby nie była kliszowa, więc z niej zrezygnował. W końcówce jednak bracia wracają, aby niezwykle sztampowo sfinalizować swój wątek.

Film Łukaszewicza przypomina potwora Frankensteina, który brzuch ma zrobiony z ambitnego kina wojennego, a nogi i głowę z pełnego sztampy i klisz przedramatyzowanego popcorniaka rodem z Hollywood. Wolałbym już, aby cały film był skonstruowany na tę drugą modłę. Fakt, narzekałbym pewnie na mnożące się niczym króliki dziury fabularne, a przy niektórych oklepanych scenach powstrzymywałbym z trudem chęć wydrapanie sobie oczu, ale przynajmniej miałbym fajny, nieco ogłupiający akcyjniak do obejrzenia przy przysłowiowym piwie.

Oczywiście najlepiej byłoby, jakby cały film miał formę „brzucha” naszego potwora. Środkowa część obrazu jest bowiem świetnie skonstruowana i może nie wyszłoby z tego arcydzieło, ale na pewno mające ambicje i potencjał polskie kino wojenne. A czegoś takiego, nie oszukujmy się, w naszym kraju brakuje.

Reasumując, „Karbala” trochę nie wie, czym chce być. Z jednej strony proste, popcornowe kino dla niewymagających. Z drugiej ambitna, wojenna produkcja. Ocena tego dzieła jest więc dla mnie okropnie trudna. Gdyby film był przesunięty bardziej w jedną ze stron, miałbym jasne pojęcie z czym walczę i w jakich kategoriach to krytykować. A tak tylko stoję na tej irackiej pustyni i wpatruję się w oczy wielkiego, kinematograficznego Frankensteina, jakim jest „Karbala”. Napiszę więc tylko, żebyście, Drodzy Czytelnicy, sami wybrali się do kina i ocenili to dziełko, gdyż ja nie potrafię. Może dla was spotkanie ze straszliwym potworem szalonego profesora Łukaszewicza będzie bardziej owocne.

  • Tomi

    W niedzielę widziałem Karbalę i powiem, że film się broni. Zwłaszcza efekty specjalne zaskakują i robią wrażenie jakie dawno nie widziałem

  • Miska

    Dobrze, że powstają filmy produkowane przez nas o naszej najnowszej historii. Film zapamiętam zwłaszcza, za znakomitą grę Topy.

  • Marta Chmielik

    Mnie się podobała i książka i film, jednak, na film wybiorę się jeszcze raz. Doskonale zdjęcia.

  • Mery

    Najlepszy polski film tego roku! Każdy powinien to zobaczyć!

  • beata_k

    Świetnie kino akcji inspirowane autentyczną historią. Jestem pod ogromnym wrażeniem efektów specjalnych i zaangażowania aktorów.