,,Kolor zbrodni” (Richard Price) – recenzja

Anna/ Grudzień 9, 2015/ Książki/ 0 comments

kolor zbrodniChyba najgorsza jest świadomość, że gdzieś na wyciągnięcie ręki jest cel, a my nie możemy go osiągnąć. W taki właśnie świat zabiera czytelnika Richard Price. Dempsey to specyficzna dzielnica. To kraina wyrzutków i pechowców, którym świat nie dał wyboru. Pomimo ogólnego poczucia wolności i tolerancji, miejsce zdaje się rządzić swoimi prawami. Tutaj rasizm i dyskryminacja są na porządku dziennym. Na ulicach aż roi się od handlarzy narkotyków i oprychów. Wszyscy żałują, że los kazał im żyć właśnie tutaj. Po drugiej stronie rzeki Hudson dumnie wznoszą  się wieżowce Manhattanu. Dla mieszkańców czarnego osiedla to jedynie powód do niepohamowanej frustracji. Ktoś powiedziałby, że przecież można zaryzykować i przedostać się na drugą stronę. To jednak nie kwestia odległości. Wyrwać się z tej dzielnicy nie jest prosto, jeśli dookoła czuć samą wrogość. Wszyscy wiedzą, że znajdują się na bombie z opóźnionym zapłonem i każde choćby małe nieporozumienie, może zakończyć się tragedią.

W parku Męczenników znika czteroletni Cody. Jego matka Brenda Martin utrzymuje, że porywacz ukradł samochód z chłopczykiem w środku. Rozpoczyna się wielka akcja poszukiwawcza. Policjanci dwóch dzielnic na granicy, których odbyło się fatalne zdarzenie, nie spoczną, nim nie rozwiążą tej trudnej sprawy. Kontakt z kobietą, która właśnie straciła dziecko jest utrudniony. Bohaterka jest wycofana i jakby nieobecna. Wszystko, co łączy Brendę z otaczającą ją rzeczywistością to muzyka. Sprawą porwania zajmuje się doświadczony policjant Lorenzo Council. Oczywiście nie tylko on z racji pełnionego zawodu, chce być blisko zrozpaczonej matki.

W trakcie czytania towarzyszyło mi silne uczucie déjà vu. Jeśli ktoś był na bieżąco z historią pewnych poszukiwań, które prowadzano kilka lat temu, w książce znajdzie te zdarzenia, jako niemal cały element głównego wątku powieści. Psychika Brendy jest niezwykle skomplikowana, lecz nasuwa pewne skojarzenia. Nie czułam, więc niemal żadnego zaskoczenia losami głównej bohaterki.

Jesse jest dziennikarką lokalnej gazety. Porwanie postrzega, jako możliwość osobistego awansu zawodowego. Dziewczyna nie cofnie się przed niczym, by zdobyć dobry materiał. Nie wie jednak, że ta sprawa zadziała na nią również emocjonalnie. Nikt nie mówi otwarcie, że za kulisami  toczy się jeszcze jedna wojna o szacunek czarnej dzielnicy.

Autor w bardzo jaskrawy sposób ukazuje problem rasizmu, zobojętnienia i rozwarstwienia społeczeństwa amerykańskiego. Daje temu wyraz już w samym tytule. Freedomland – kraina (urojonej) wolności. Najgorsze jest chyba to, że wszelkie przejawy brutalności są tu traktowane całkowicie normalnie. Ukazana obojętność wylewa się również na czytelnika. Naprawdę niezwykle trudno jest nie popaść w marazm i  nie odłożyć tej książki na półkę w trakcie czytania. Dla mnie osobiście, samo realistyczne pokazanie pewnego zjawiska, bez dokonania dogłębnej analizy, to stanowczo za mało i wcale nie ukrywa tego uliczny język. Poza tym, niektóre postacie nie są na tyle dopracowane, by zrozumieć mechanizm podejmowania przez nich decyzji.

(Ten tekst ukazał się pierwotnie na łamach bloga Inna perspektywa)