Moje wrażenia z lektur szkolnych, czyli koty i cukierkowe romanse

EricMcBet/ Listopad 1, 2015/ Blog, Eric Mcbet blog/ 1 comments

Lektury szkolne. Jakże to niewdzięczny i niesamowicie nośny zarazem temat. Można się rozwodzić nad nim godzinami. Jakie to książki na liście lektur powinny być? Jakie trzeba obowiązkowo wywalić i puścić w niepamięć? Czy Jagienka była lepsza od Danusi? Kto miał w sobie większy swag – kot Behemot czy Petroniusz? Czemu do tej pory lekturą nie stało się „50 twarzy Greya”?

To ostatnie pytanie oczywiście totalnie nie na serio, ale, gdy je w przypływie natchnienia przeczytałem, w mojej głowie pojawiła się niepokojąca koncepcja realnego omawiania na lekcjach języka polskiego dzieła pani James. Jestem ciekaw jak to by wyglądało. „Seksualne dewiacja Christiana Greya jako symbol zniewolenia ludzkiej duszy w cielesnej powłoce” albo „Analiza środków stylistycznych zastosowanych w opisach scen seksu”. Tematy wypracowań jakże intrygujące, ale, niezależnie od przekonań, wątpię, żeby ktokolwiek chciał zmuszać latorośle do czytania „50 twarzy…”. Nie chodzi już nawet o nieodpowiednie dla nieletnich treści o charakterze seksualnym, ale o to, że podawania tak złej literatury w młodym wieku może grozić nieodwracalnymi i jakże negatywnymi skutkami.

No dobra, będzie tego dobrego. Pisze ten felieton, aby się wami moimi przeżyciami z lektur podzielić. Jedne podobały mi się bardziej, inne miej, ale które były które to już przeczytajcie poniżej.

Wczoraj (kiedy to pisze jest czwartek 29.10) skończyłem „Króla Edypa”. Spoko całkiem. Jak chcecie pocisnąć bekę z gościa, który nie wiedział, że współżyje z własną matką, to polecam. Specyfika greckiej mitologii i występujące w niej dewiacje to już temat na zupełnie inną historię, więc może się nie rozciągajmy i przejdźmy dalej.

Sienkiewicz dobrze pisze. Wiem, że większość gimnazjalistów się ze mną nie zgodzi, ale naprawdę tak uważam. „Krzyżaków” i „Quo vadis” pochłonąłem z dziką rozkoszą, choć przyznam, że (mimo archaiczności języka) ta pierwsza bardziej przypadła mi do gustu. Miałem u niego tylko problem z miłością pomiędzy bohaterami. Lubię wątki romantyczne, ale do takiego niepoprawnego idealisty jakim był Zbyszko z Bogdańca to mi daleko. Całe szczęście że w ostateczności [SPOILER] Danuśka zmarła, a nasz rycerzyk zszedł się z Jagienką [KONIEC SPOILERA]. Rzygać mi się chciało, jak to czytałem o wielkiej miłości Zbyszka do Danusi i o tym, jak to się on troszczył o swą damę serca i w ogóle. Ble! Dlatego wolałem Jagienkę. Ta kobieta się potrafiła o siebie zatroszczyć sama i temperowała trochę Zbyszka z tymi jego rycerskimi zapędami. W „Quo vadis” w sumie było podobnie, ale tu dochodził jeszcze motyw rozdarcia Winicjusza pomiędzy rzeczywistością chrześcijańską a rzymską, co nieco pogłębiało tę postać.

Z lektur wyjątkowo źle zapamiętałem dwa tytuły. Pierwszy z nich to „Syzyfowe prace” Żeromskiego. Święta macierzy dyskowa, jak to jest okropnie napisane! Za przykład niech służy fakt, że Żeromski poświęca cały rozdział na opis trzech postaci, a potem w zasadzie żadna z nich nie odgrywa żadnej roli w fabule. I ja wiem, że on chciał przedstawić  w ten sposób pewne archetypy osób żyjących pod rosyjskim zaborem, ale jeśli nie potrafił ubrać tych postaci w ciekawą fabułę, która uwydatniała te, a nie inne ich cechy, to mógł się przynajmniej za pisanie w ogóle nie zabierać, bo to tak trochę źle o autorze świadczy.

Drugą drogą przez mękę były… wiem, że spadną na mnie za to gromy, ale… „Dzieci z Bullerbyn”. Czytałem to chyba w drugiej czy trzeciej klasie podstawówki i była to jedyna lektura, której nie skończyłem. Historie o tym, jak to dzieci idą zbierać maliny, a potem sprzedają je przy drodze, a potem jest zima i lepią bałwana, a potem uczą się w szkole itd. itp. naprawdę nie obchodziły chłopca, który wychował się na bajkach z Cartoon Network. Tak, wiem – byłem nieczułym bachorem bez serca, który chłonął telewizyjną papkę zamiast zachwycić się piękną i prostą historią. Cóż poradzisz?

Ostatnie lekturowe zachwycenie to zdecydowanie „Mistrz i Małgorzata”. Znakomita powieść Rosjanina Michaiła Bułhakowa porywa czytelnika całego. Wydaje mi się, że to właśnie z tej powieści inspiracje do swoich skeczy brała grupa Monty Pythona. Absurd, nonsens, nonszalancja i urywający głowy kot. Kot! Właśnie! Jeden z bohaterów – wielki czarny kocur imieniem Behemot – całkowicie zawładnął moim sercem i zdobył sobie oficjalny tytuł najbardziej badassowego kota w historii literatury. Przy okazji Bułhakow w przewrotny i metaforyczny sposób przedstawił tu absurdy życia w komunistycznym środowisku, którym była Moskwa lat 30. Socjalistyczne realia zdają się czasem być nawet bardziej nonsensowne, niż ta fantastyczna strona książki, związana z wizytą w ZSRR samego Szatana.

Czytam lektury. Mam w sobie jakieś takie niesamowite pokłady praworządności i poczucia obowiązku wobec naszego systemu edukacji, że każdą szkolną lekturę, jaką do tej pory mi zaserwowano czytam zawsze na czas i bez większych narzekań. Jedynym wyjątkiem były wspomniane tu „Dzieci z Bullerbyn”. Jednocześnie zachęcam do tego innych, ale nie zmuszam. Zdaję sobie sprawę, że Sienkiewicza nie każdy przełknie, że dla przeciętnego gimnazjalisty, nawet takiego, który na co dzień książki czyta, archaiczność dzieł klasyków literatury polskiej będzie po prostu nie do przejścia. Trudno, czasem i tak jest. Oczywiście sporo pozycji powinno być z listy lektur bezceremonialnie wywalone, a sporo kolejnych wrzuconych na jej miejsce, ale tym się może zajmę jak dorosnę.

Póki co cieszmy się tym co mamy. Niektórzy narzekają, że zmuszając do czytania lektur, szkoła zniechęca do czytelnictwa w ogóle. Z drugiej strony moglibyśmy żyć w świecie, w których szkoły tego czytania całkowicie zakazują. Zawsze może być gorzej, czyż nie?

  • Paweł Nowak

    Świetny tekst.