Małe historie rodzinne, T. Białkowski

9kier/ Listopad 1, 2017/ Książki/ 0 comments

To potężne, mające ponad 500 stron tomiszcze to w rzeczywistości nie jedna, lecz trzy powieści Tomasza Białkowskiego wydane pod wspólnym tytułem. Zmarzlinę (2008), Pogrzeby (2006) i Teorię ruchów Vorbla (2011) łączy tematyka rodzinna, której daleko jednak do lukrowanych powieści familijnych.

Białkowski – który nazywa swoją twórczość „wywlekaniem szwów rzeczywistości” – opisuje rodziny w najlepszym razie nieszczęśliwe, w najgorszym silnie dysfunkcyjne. Już na samym początku Zmarzliny czytelnik obserwuje, jak główny bohater zostawia starą matkę na wózku inwalidzkim na mrozie, licząc na to, że zamarznie. W Pogrzebach autor mierzy się m.in. z demitologizacją postaci (dziadek Jarosław) i zjawisk (patriotyzm, rodzina), zestawiając pozytywną reinterpretację i myślenie życzeniowe wnuka z wersją wydarzeń przedstawioną przez jego babcię. Teoria ruchów Vorbla to w zasadzie biografie członków kilku pokoleń krewnych, wszystkich bez wyjątku rozczarowanych sobą wzajemnie i życiem w ogóle, zdesperowanych lub znudzonych.

Po samym stylu można by zgadywać, w jakiej kolejności zostały napisane powieści. Najwcześniejsze, a w związku z tym najsłabsze warsztatowo Pogrzeby umieszczono w środku i właśnie przez tę ciągnącą się historię brnęłam najdłużej. Otwierająca Małe historie rodzinne Zmarzlina okazała się bowiem kawałkiem świetnie napisanym, pełnym wyrazistych, prostych, dynamicznych opisów codziennych sytuacji. Żadna z trzech opowieści nie powala fabularnie, ale przez Zmarzlinę przepłynęłam, niesiona dopieszczonymi, nieprzegadanymi zdaniami, przeskokami między różnymi płaszczyznami czasowymi i prostym, ale angażującym zabiegiem – ostatnie zdanie rozdziału kończyło się na początku następnego. Miałam poczucie, że tekst stoi na styku świeżości debiutanta oraz wyrobionego warsztatu, i rzeczywiście książka z 2008 znajduje się mniej więcej pośrodku bibliografii autora. Wcześniejszym Pogrzebom brakowało tej lekkości pióra będącej efektem świadomości językowej i solidnej redakcji, przy późniejszej Teorii ruchów Vorbla Białkowski, odniosłam wrażenie, za bardzo poszedł w raportowy, wymuskany styl, a gdzieś po drodze stracił umiejętność do swego rodzaju gawędziarstwa. Męczyła mnie konieczność śledzenia mnogości imion ludzi i ich mało ciekawych historii, które zbiegły się ostatecznie w jednym punkcie tylko po to, by w sposób groteskowo-naiwny podważyć teorię tytułowego Vorbla wygłoszoną w trakcie wykładu.

Nie mogę odmówić Białkowskiemu zdolności zgrabnego operowania językiem – zwłaszcza podczas pisania dialogów, które wychodzą mu bardzo naturalne i przyjemne w odbiorze – a także sporej dozy komizmu, którym dyskretnie okrasza swoje rozdziały. W przeciwieństwie do stylu tematyka nie przemówiła do mnie jednak na tyle, bym chciała sięgać po kolejne powieści tego autora. Nie do końca wiem, co chciał swoimi dziełami powiedzieć – że mnóstwo jest nieszczęśliwych ludzi i rodzin? Wiedziałam to przed lekturą.