Martwe ciało Mavericka, A. Kapes

9kier/ Wrzesień 21, 2017/ Książki/ 0 comments

Znajdziesz tu i krwawą zombirewolucję, i gadającego czerwia o bardzo długim nazwisku, i porachunki mafijne, i fikcyjny panteon bóstw, i naleśnikowych najeźdźców z kosmosu. Aż się prosi o żarty sytuacyjne! Tym większa szkoda, że Kapes wykorzystuje swój komediowy potencjał, by naśladować Terry’ego Pratchetta.

Jestem skłonna wybaczyć pisarzowi wiele błędów warsztatowych, jeśli mówi własnym, niepowtarzalnym językiem i kreuje coś wyjątkowego. W przypadku Martwego ciała Maverickaopowieści o perypetiach Ricka, który pewnego dnia wstaje z grobu – już podziękowania na początku („Największemu filozofowi naszych czasów i mojemu guru – Sir Terry’emu P. No i rodzicom oczywiście…”) sugerowały zapatrzoną w Pratchetta młódkę. Jego jedyną powieścią, z jaką miałam do czynienia, była Straż! Straż!, którą zresztą odłożyłam po kilkunastu stronach, więc gdy okazało się, że Martwe ciało Mavericka jest ewidentnie inspirowane Światem Dysku, nie piałam z zachwytu.

Po prologu, w którym autorka próbuje naprędce nakreślić mitologię świata Amphibium, spodziewałam się trudnej przeprawy, ale na szczęście okazało się, że nudny wstęp niewiele ma wspólnego z resztą. Owszem, nakreśla tło fabularne, ale po pierwsze odniosłam wrażenie, że Kapes stworzyła je, by jeszcze bardziej podrobić Świat Dysku, a po drugie wydarzenia z dalszej części powieści mogłyby się spokojnie obyć bez fragmentów o królestwie Efer czy ławicy dusz. Pierwszy rozdział sprawił, że odetchnęłam, bo początek trafił w moje poczucie humoru („Życie powinno rozpoczynać się czymś konkretnym, na przykład urodzeniem”), ale wkrótce dotarło do mnie, że czytanie Martwego ciała Mavericka przypomina nieustanne odżywianie się słodyczami, w dodatku niezbyt dobrej jakości, ot, takim produktem czekoladopodobnym. Absurdalna, kilkuwątkowa historia obserwowana z różnych perspektyw pełna jest tego rodzaju żartów – takich, które w najlepszym razie lekko podnoszą czytelniczy „półgębek”, a w najgorszym wywołują uśmiech politowania. A co najważniejsze, takich, które mogą łatwo zmęczyć, zwłaszcza kiedy czuć, że nie ukrywa się pod nimi żadna naprawdę interesująca historia. Mimo wulgaryzmu, który pojawia się w jednym miejscu, to prosta opowieść dla dzieciaków zafascynowanych fantasy, niedająca rady zaspokoić potrzeb dojrzałego czytelnika. Oprócz Pratchetta na myśl przychodzi mi twórczość Neila Gaimana, ale raczej jego gorsze powieści, bo też poziomu Chłopaków Anansiego Maverick i spółka nie mają szans osiągnąć nawet na kilkumetrowych szczudłach.

Co więc z tego, że czyta się to raz-dwa i czasem nawet się uśmiechnie, skoro powieść nie inspiruje ani językowo (bo też nie proponuje niczego nowego), ani fabularnie? Postaciom brakuje osobowości i wydaje mi się, że niektóre, jak mój ulubiony czerw, zaczęły autorce z czasem ciążyć, więc się ich pozbyła. I jak przez większość lektury wydawało mi się, że prolog okaże się najsłabszym fragmentem powieści, tak pod koniec trafiłam na długi i drętwy monolog Cilly, a potem ostatni rozdział, który mógłby zrobić światu przyjemność i nigdy się nie narodzić. Nie byłabym też sobą, gdybym nie wytknęła autorce i osobom odpowiedzialnym za redakcję rażących błędów pokroju „wydaje się być”, występującego, mam wrażenie, co kilka stron, czy „zsunąć się w dół”. Jednak jak pisałam – wiele byłabym w stanie wybaczyć, gdyby Martwe ciało Mavericka tchnęło, paradoksalnie, czymś świeżym.