Najnowsza, wyczekana część Jeżycjady „Feblik” – Małgorzata Musierowicz

KatarzynaM/ Grudzień 1, 2015/ Książki/ 4 comments

2afb5e25ab1fe963medRaptem do 14 godziny wytrzymałam w niekupieniu Feblika, dwudziestej pierwszej już części kultowej serii. Jeżycjada, autorstwa Małgorzaty Musierowicz (która zresztą już zastrzegła tę nazwę) podbiła serca wielu, a dużą część zdążyła też rozczarować ostatnimi tomami. Nawet ja, chociaż pomna ostatniego roku i mojej reakcji na Wnuczkę do orzechów, nie wytrzymałam i pognałam do księgarni. Jak wiatr. Czytać zaczęłam już w drodze powrotnej i już cała ta przygoda za mną… Niestety i stety, ponieważ, chociaż najnowsza książka Małgorzaty Musierowicz jest lepsza, od tej słynnej już, ale raczej in minus, „McDusi”, to jednak wciąż daleko jej chociażby do cudownej „Noelki”, czy „Opium w rosole”

Ta część zaczyna się bezpośrednio po Wnuczce do orzechów, gdy nieszczęśliwie zakochanemu Ignacemu zaczyna świtać jutrzenka odmiany i McDusia, która złamała mu serce, chce się z nim spotkać w stolicy Dolnego Śląska. Młodzian w lansadach gna na spotkanie i na szczęście dosyć wcześnie dowiaduje się, że propozycja spotkania była żartem bliźniaczki jego lubej. Dowiaduje się o tym chłopina w zatłoczonym autobusie na oczach…. Na oczach dziewczęcia, które podróżuje do Poznania, aby dostarczyć bogaczowi wazę, dzban właściwie – wyrób jej siostry. Dziewczę owe okazuje się być dawną koleżanką ze szkoły Ignacego, z którą tenże nawet jakiś czas siedział razem w ławce. Drogi ich, które niegdyś się rozeszły, teraz splatają się, gdy skłonna do omdleń Agnieszka, słabiej się czuję z powodu upału, tłoku i nagłej zmiany pozycji. Ignacy Grzegorz, ostatni romantyk i rycerz, służy jej pomocą. I tak zaczyna się ich wspólna przygoda z uszkodzonymi dzbanami – serio, to nie jest spojler, ja od momentu gdy Agnieszka jedzie z tym dzbanem tylko czekałam, aż coś mu się stanie – spotkaniami rodzinnymi, rozmowami o – może nie o poezji – ale o sztuce, historii sztuki, budownictwie i głębokie, filozoficzne rozmowy o miłości, których ja nie prowadziłam w taki sposób nawet po większej ilości alkoholu. Finał będzie podwójnie romantyczny, znając mentalność Borejków – do przewidzenia. Zaskoczenia w tej książce się nie uświadczy, wszystko jest bardzo przewidywalne. Może dlatego, że tak znamy bohaterów. Tyle o fabule, bo jednak coś tam się dzieje i odkryjcie to sami.

Cieszę się, że nie żyję w tym samym świecie co Małgorzata Musierowicz. Cieszę się, że otaczają mnie inni ludzie, a może ja inaczej ich postrzegam. To kolejna książka, w której Musierowicz opowiada nam, jak źli, mali i nikczemni są ludzie spoza kręgu Borejków. Gdy Florian opowiada o znajomym profesorze, którzy przez studentów jest źle odbierany, bo nie przeklina – złapałam się za włosy, kołtun mi się zjeżył i pomyślałam, o Boże!! Moje życie jest związane z Uniwersytetem od dziewięciu lat, mam na nim przyjaciół, są chwile, że prawie tam mieszkam, i na Boga nigdy nie słyszałam, żeby jakikolwiek nauczyciel akademicki przeklinał na zajęciach. Nigdy prywatnie żaden z profesorów nie użył nawet jednego wyrazu uznawanego powszechnie za obelżywy. I jestem pewna, że gdybym ja przeklęła, to prędko pożegnałabym się z pracą. I studiami. Fakt, nie mieszkam, nie pracuję, nie studiuję i nie uczę w Poznaniu, tylko w zaściankowej Polsce Wschodniej, ale nie wiem gdzie panują takie obyczaje, że nieprzeklinający profesor, czy nawet doktor budzi zdziwienie.

Zaraz pod tym mamy dywagacje Ignacego Borejki nad degrengoladą moralną świata. Rozwodzi się nad tym, że oto chamstwo i małość i ciemnota tak się rozpleniły, że teraz ta ciemnota jest w większości. Musiałam przegapić moment, gdy intelektualna elita była większością, co przeczyłoby pojęciu elity. A to wszystko jako reakcja na to, że jedno z wnucząt przez telefon z rówieśnicą rozmawia monosylabami.

Rozumiem, że Musierowicz odpowiada w ten sposób na ataki, że jej świat jest hermetyczny, że go nie rozumie, próbuje tłumaczyć się ze wcześniejszych wtop, czy niezręcznych sformułowań. Nie trafia do mnie to wytłumaczenie. Już nie mam ochoty na herbatę u Borejków ich towarzystwo już mnie tak nie pociąga. Jednak czytam, czy to z przyzwyczajenie, czy z ciekawości. Bo już nawet nie wmawiam sobie tęsknoty za naiwnym myśleniem, takim czarno-białym. Kiedyś Borejkowie wychodzili do ludzi, którzy gdzieś się zagubili, stracili z oczu i serca to dobro, dziś piją sobie herbatkę i osądzają.

Ciekawa jestem kolejnego tomu, bo oto w idealnej rodzinie pojawią się mniej idealni i wpisujący się w schemat powinowaci. Będzie się działo.

Podziwiać należy Agnieszkę, że nie zastrzeliła tego ględzącego ciągle Ignacego. A ja tak go lubię. Jakby na przekór wszystkim zawsze lubiłam Ignasia, taki był rozkochany w książkach, wyśmiewany. No lubiłam go, a tutaj smęci to o budowlach, to o miłości. Kibicuję mu jednak mimo wszystko. Ignaś jest już dziwny, że raczej mu nie grozi wypranie z wyrazistości po założeniu obrączki. Może jednak zastąpić swą św. Matkę Gabrielę w panteonie świętych Jeżyckich. Ot, zobaczcie ten fragment. Ileż może powiedzieć o człowieku kawałek ręki. Czy wasze ręce też są tak wymowne?

352x500

W tej cudownej kochającej się rodzinie, nadal nieobecni są bliscy małżonków borejkowskich sióstr, chociaż mamy niusa o Metodym. Jedno wspomnienie. Rozczarowujące.

Reasumując książka jest na zbliżonym poziomie do Wnuczki, mniej moralizatorska, chociaż wstawki ociekające tym, co ongi Wańkowicz nazywał dydaktycznym smrodkiem są. Ta jest bardziej sentymentalna. Czyta się ją jak widzicie prędziutko. Nie wywołuje raczej ochoty, aby cisnąć ją o coś, co spowoduje jej destrukcję… To plus. Czy zachwyca? Nie sądzę. Małgorzata Musierowicz zalicza błąd rzeczowy, przynajmniej jeden. Może niech ona zostawi Marka i Idę w spokoju, bo pisząc o ich przeszłości się mota. O ile MNIE pamięć nie myli, on nie brali ślubu w drugie święto, ale dzień po Wigilii.

Ot czytadełko, z morałami, sentymentalnymi wstawkami, a i Milą Borejko, która nadal jest niby cięta i ironiczna, ale wyczerpuje to znamiona wredności. Kochający zaś dziadek Borejko liczy wnukom ciastka.

I nadal nie wiem, co o tej książce myśleć. Ma swoje wady, ma swoje – jakieś tam – zalety. Może ja już jestem za stara, zbyt racjonalna? Nie jest źle, naprawdę. Momentami czyta się naprawdę miło i przyjemnie, ale to już nie jest to. Przed świętami to ja sobie jednak powtórzę „Noelkę”.

  • Ostatnia książka z Jeżycjady, jaką mam na półce to „Czarna polewka”. Paradoksalnie, od kiedy zaczęłam bywać częściej w Poznaniu, przestałam czytać książki Musierowicz (i zapewniam, wykładowcy poznańskich uczelni nie przeklinają). Już ostatnie tomy, które czytałam nie wywołały u mnie „łał”, a te zamęty z zastrzeganiem nazwy i procesowaniem się o spektakl „na podstawie” cyklu… niefajne to wszystko.

  • Paweł Nowak

    Niefajne, to wszystko.Oj tak, szczególnie, że nie sama autorka ukuła taką nazwę, ale już zastrzegać mogła.Dla mnie”Jeżyciada”, już dawno się skończyła.Gdzie tym nowszym, poziomem, do Pulpecji, chociażby, ech.

  • Oj na Pulpecji skończyły się wszelkie bunty wśród Borejkówien. Już „Wnuczka” pokazuje Patrycję jako taką zborejkizowaną, do szpiku doskonałą, chociaż popiera popkulturę.

  • Cieszy mnie to, bo jednak klnący wykładowca, w tym porządnym Poznaniu, byłby dla mnie degrengoladą idei uniwersytetu.

    Musierowicz bardzo się zamknęła, na czytelników, na świat, chyba uważa, że to jest tak zwany hejt, a ja odnoszę wrażenie, że ludzie krytykujący te nowsze książki nie wylewają krytyki w imię nienawiści i złości, ale ubolewają nad upadkiem tej, skądinąd sympatycznej serii z morałem, którą już niestety nie jest ;/