Napiszę książkę, będzie fajnie! #2 – Postępy prac

redaktor/ Sierpień 9, 2016/ Felieton/ 0 comments

Dawno nie było wpisu z tej serii, prawdę mówiąc, nie sądziłem, że dojdzie do mojego kolejnego wywodu na temat pisania książki. Po publikacji pierwszej części “Napiszę książkę, będzie fajnie” wziąłem się porządnie do roboty (to było jakoś na początku tego roku), potem jednak, z racji nauki, mniejszej ilości wolnego czasu, weny i innych czynników wpływających na moje pisanie niestety troszkę odpuściłem.

Największy przypływ energii do pisania miałem w tegoroczne ferie, kiedy to zapełniłem (uwaga – ręcznie) jakieś sto dwadzieścia stron A4. Pisałem na kartkach wyrwanych z zeszytów A4 w linię. Wcześniej nie pisałem nic w ten sposób, wszystkie moje recenzje, felietony, opowiadania i tak dalej były pisany na komputerze. Po feriach, gdy moja wena nieco opadła i straciłem nieco zapału, uznałem, że jednak pisanie na kompie wychodzi mi bardziej na dobre, ponieważ w rękopisie zauważyłem masę błędów gramatycznych, nieścisłości… i ogólnie, bardzo nie podobało mi się to, co napisałem. Mimo to mogę uznać to za bardzo ciekawe doświadczenie, i mówiąc szczerze, trzymanie w rękach grubego pliku zapisanych kartek przynosi dużo więcej satysfakcji niż obserwowanie liczby zapełnionych stron w Wordzie.

Przez jakiś czas nie pisałem praktycznie nic, ale mniej więcej w maju zacząłem pisać coś bardzo zbliżonego do tego, co tworzyłem w ferie, jednak używając klawiatury komputera zamiast długopisu. Poza tym zmieniłem nieco zarówno fabułę, jak i narrację (w następnych wpisach z tej serii postaram się nieco rozwinąć temat spraw typowo technicznych).

Nie jestem stuprocentowo zadowolony z postępów prac. Pisałem dużo w maju, potem miałem niespełna dwumiesięczną przerwę, jakieś trzy tygodnie temu powróciłem do pisania i wydaje mi się, że naprawdę wziąłem się w garść.

Ustaliłem dzienną normę – 1500 słów. Nie jest to coś ponad moje możliwości, więc nie demotywuję się z powodu niewyrobienia owej normy i raczej codziennie udaje mi się te 1500 słów napisać. Dzięki temu cały czas obserwuję postęp prac. Przez cały maj napisałem nieco ponad 10000 słów, co udało mi się osiągnąć w kilka dni sierpnia.

Dodatkową motywację daje mi fakt, że postępy są śledzone przez kilka zaufanych osób. Zdaję sobie sprawę, że duża część osób piszących cokolwiek nie lubi, gdy ktoś patrzy im na ręce i czyta powstającą książkę przed zakończeniem prac, korektą i tak dalej, ale mnie to bardzo motywuje – te kilka osób zagląda co jakiś czas do dostępnego dla nich dokumenty na dysku Google, gdzie, że tak powiem, odbywają się prace i mówi mi, co im się podoba, a co mógłbym poprawić. Wydaje mi się, że to dosyć specyficzny zabieg, ale mi jak najbardziej pomaga w pisaniu, więc nie widzę powodu, żeby przestawać udostępniać kolejne rozdziały.

Jeśli chodzi o to, gdzie piszę – jak już wspomniałem, bardzo lubię dysk Google, bo mogę do powstającej książki zaglądać z każdego urządzenia i zdarza mi się edytować ją nawet z telefonu, będąc poza domem. Głównie jednak piszę na laptopie. Nie zamykam się w swoim pokoju (do dorobienia się własnego gabinetu jeszcze mi daleko), tylko siedzę na kanapie w salonie, w obecności domowników, nierzadko nawet zerkając na telewizor czy słuchając muzyki na słuchawkach. Albo jedno i drugie. Nie mam mimo to zbyt częstych problemów ze skupieniemblog się nad pisaniem, a jeśli zaczynam je mieć, to robię sobie dłuższą przerwę i wracam do roboty po paru godzinach.

Jeśli chodzi o to, jak pisanie książki wpływa na moją codzienność, to mogę z czystym sumieniem oznajmić, że nie zaniedbuję przez nią znajomości, obowiązków, nauki i tak dalej – po prostu godzinę-dwie dziennie poświęcam na napisanie tego 1500 słów (swoją drogą, wadą tego systemu jest to, że mam odruch zerkania na liczbę słów co jakiś czas, co jest bardzo irytujące; nieraz zastanawiając się nad kolejnym akapitem zdarza mi się dwa albo trzy razy ją sprawdzić). Muszę jednak stwierdzić, że wpływa to na pozostałe rzeczy, które piszę – recenzje piszę tylko wtedy, gdy jestem zmuszony z racji otrzymania egzemplarza recenzenckiego, felietony to już rzadkość, opowiadań nie piszę w ogóle. Wydaje mi się jednak, że te pisane raz na ruski rok teksty niebędące książką pozwalają nieco oderwać się od niej i nieco odpocząć.

Nie do końca wiem, co jeszcze mogę napisać na temat pisania. Mówiąc szczerze, po pewnym czasie zaczęło przypominać bardziej rzemieślniczą robotę niż radosną twórczość, ale nie spodziewałem się niczego innego. Tym akcentem zakończę dzisiejszy wpis i mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze w kolejnym.