Stefan Darda – „Nowy dom na Wyrębach” – recenzja

9kier/ Sierpień 21, 2017/ Książki/ 0 comments

Chwilowe zamroczenie – tylko tak potrafię wyjaśnić fakt, że kompletnie pominęłam kilka słów, spisanych małym druczkiem na okładce. To, że Nowy dom na Wyrębach to „kontynuacja bestsellerowego debiutu”, a nie samodzielna powieść, dowiedziałam się już w trakcie czytania, na szczęście nie przeszkodziło mi to w odbiorze lektury.

 

Przeszkodziły mi inne rzeczy. To, że z całej historii podobały mi się zaledwie dwa fragmenty – początkowa scena na plaży, w której główny bohater, Hubert Kosmala, zanurza się w swojej wyobraźni i chwilowo traci kontakt z rzeczywistością, oraz epilog (troszkę). To, że całości brakuje jakiegokolwiek napięcia, a „powieść grozy”, jak Videograf nazwał ją na okładce, zakrawa o mało śmieszny żart. To, że to w większości suche, zbędne opisy codziennych zdarzeń niemających znaczenia fabularnego oraz bezwartościowe rozmowy (tzw. small talk) z sąsiadami, znajomymi i rodziną. To, że ani razu nie pomyślałam „ale ładne zdanie”, „ale niezły dialog” czy „ale interesująca postać”, a jedynym ciekawym pomysłem była wspomniana scena z plażą.

 

Więc nie – to, że to druga część Domu na Wyrębach, nie przeszkadzało mi wcale, kiedy już połapałam się mniej więcej w nazwiskach. Hubert lubi sobie powspominać, więc szybko dowiedziałam się, że wcześniej jego przyjaciel Marek Leśniewski umarł w niewyjaśnionych okolicznościach, a w sprawę zamieszana była strzyga w białej sukni panny młodej. Nic dziwnego, że gdy Hubert przejął dom na Wyrębach – bo też akcja nowej powieści to w dużej części przygotowania do zamieszkania tam z rodziną Kosmalów i rozliczanie się z przeszłością – spodziewałam się pełnokrwistego horroru. Tymczasem więcej tu Domu nad rozlewiskiem niż grozy i mówię to jako osoba, która desperacko jej szukała i prawdopodobnie zadowoliłaby się czymś, co byłoby choć odrobinę straszne. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czytałam powieść bez rosnącego tempa i bez punktu kulminacyjnego. W Nowym domu na Wyrębach niewiele się dzieje, a co gorsza Stefan Darda nie wynagradza tego, w przeciwieństwie do na przykład Tokarczuk w Prowadź swój pług przez kości umarłych,  przyciągającym sposobem pisania – wydaje się autorem bez charakteru (na pierwszy rzut oka, bo też nie czytałam innych jego dzieł) i bez przekazu. Nawet w ramach nieświeżej już, bo zapożyczonej z poprzedniej książki konwencji dałoby się zderzyć ze sobą idee, naświetlić jakiś problem, nadać całości konkretny wydźwięk czy w inny sposób wyrazić coś autorskiego, ale Darda jest przeźroczysty i nie próbuje nic powiedzieć ustami bohaterów – przez co oni również wydają się przeźroczyści. Na domiar złego powieść została przerwana w najgorszy możliwy sposób – ucięta w jakby przypadkowym momencie (nie byłoby wielkiej różnicy, gdyby skończyła się 10, 20 czy 30 stron wcześniej). Po przebrnięciu przez ten nijaki scenariusz główny czytelnik dostaje jeszcze trzystronicowy epilog, który bardzo odstaje od reszty pod względem atmosfery i akcji (coś się dzieje!) oraz jak nic sugeruje, że autor wróci jeszcze na Wyręby.

 

Co ciekawe, Nowy dom na Wyrębach zniechęcił mnie do przeczytania poprzedniej części z 2008 roku, którą zdążyłam w międzyczasie kupić. Jednak gdy przekartkowałam Dom na Wyrębach przed napisaniem recenzji i rzuciłam okiem na przypadkowe fragmenty, zaczęłam rozważać lekturę. W oczy rzuciła mi się przede wszystkim żywa, pierwszoosobowa perspektywa – tak różna od jednostajnych trzecioosobowych opisów występujących w sequelu (wyjątkiem są w nim pamiętniki Ewy Firlej, jakimi przetykane są poczynania Huberta) – a także fakt, że tu i ówdzie działo się coś niewytłumaczalnego, dziwnego. Mam przeczucie, że Dom na Wyrębach byłby dla mnie znacznie ciekawszą propozycją i być może już niedługo się o tym przekonam.