Piękne zło – ,,Portret Doriana Graya” – recenzja

Anna/ Wrzesień 18, 2015/ Książki/ 0 comments

Portret DorianaNa początku tego niezwykle emocjonalnego tekstu, mam do Was małą prośbę. Namalujcie proszę w myślach swój autoportret. Nie interesuje mnie jak wyglądacie, a raczej, jakie emocje towarzyszą wam na co dzień. Część prac będzie z pewnością utrzymana w jasnych barwach, co świadczy o tym, iż wykreowali ją optymiści. Będą też z pewnością rysunki w czerni i odcieniach szarości należące do pesymistów. Mój wyglądałby mniej więcej neutralnie. Na pierwszym planie dominowałyby słoneczne kolory, ale gdzieś w tle pojawiłaby się ciemniejsza kreska. Zarówno u mnie, jak i u Was jest jednak jeden mankament. Nasze malunki nie są obiektywne, dlatego w pełni nas nie przedstawiają. Po przeczytaniu „Portretu Doriana Graya”, łatwo się przekonać, że coś tak prostego, jak praca malarska, potrafi zniewolić albo wyzwolić w człowieku najgorsze emocje.

Dorian to na pierwszych stronach powieści to postać tajemnicza i gloryfikowana. Czytelnik czeka z niecierpliwością, aż go pozna. Dzieje się to w pracowni malarskiej Bazylego Hollwarda, gdzie powstaje portret wspomnianego wcześniej młodzieńca. Przy okazji tego spotkania pierwszy raz można zaobserwować ścieranie się dwóch odmiennych światopoglądów. Z jednej strony artysta wierzący w istniejący porządek, pożądający piękna i szukający inspiracji, z drugiej jego ideologiczny przeciwnik Lord Henry Wotton – ceniący wolność i wytykający nierealność fałszywych konwenansów. Początkowo pozujący przysłuchuje się tylko rozmowie, będąc zwierciadłem ukazującym wyostrzone postawy. Sytuacja zmienia się w chwili, kiedy Dorian, urzeczony swoim portretem, wypowiada życzenie, by bez względu na wszystko, pozostać wiecznie młodym. Od tej pory niepozorny obraz staje się odbiciem sumienia chłopaka.

Niniejszym rozpoczyna się wędrówka w poszukiwaniu siebie, a jednocześnie próba zbadania, do jakich granic można się posunąć. Pobudzony narcyzm żąda ofiar. To przecież nic takiego wpatrywać się w swoją twarz bez końca, prawda? W razie złego kroku zawsze można wszystko naprawić. W takim słodkim przekonaniu żyje bohater, który bez mrugnięcia okiem jest w stanie rozkochać w sobie młodziutką aktorkę, a później nie liczyć się z jej uczuciami. Zaczyna równocześnie zauważać niezwykłą właściwość podarunku od malarza. Od tej chwili ulubiona rzecz staje się przekleństwem. Dorian musi ukryć go przed światem. Czy młodzieńcowi uda się zachować sekret i ocalić swą duszę? Tego dowiecie się z książki.

Pozycję odebrałam mocno emocjonalnie. Można powiedzieć, iż przeżyłam przy czytaniu swoiste greckie katharsis, co jak dotąd nie przydarzyło mi się w aż takim stopniu. Znakomicie wczułam się w odczucia i niemal dzieliłam z tytułową postacią wewnętrzne rozdarcie. Byłam nawet bliska usprawiedliwienia jego czynów i zrzucenia odpowiedzialności na barki Lorda. Według mnie jest to jednak zła droga, bo przecież każdy dorosły człowiek sam podejmuje decyzje.

Wizerunek angielskiej arystokracji ukazuje dość konserwatywne środowisko. Tu prawie nikt nie jest sobą i każdy coś ukrywa, by nie wypaść z kanonu zachowań. Nawe chwilowe rozluźnienie reguł jest niedopuszczalne. Książka przywołuje poniekąd postawę Mickiewicza w „Odzie do młodości”. Jest to zapewne wrażenie mylne, ale mówiące o uniwersalności pozycji. Wilde udowadnia, że nie wolno postrzegać wszystkiego powierzchowne, a jedynie głębsze poznanie daje prawdziwy obraz rzeczywistości.

(Ten tekst ukazał się pierwotnie na łamach bloga Inna perspektywa)