„Piołun na zapomnienie” – recenzja

Alex/ Marzec 19, 2018/ Książki/ 0 comments

Wielokrotnie podkreślałam, że lubię książki, w których występują silne kobiece postacie. W tym wypadku nie zawiodłam się. „Piołun na zapomnienie” autorstwa Anny Trojanowskiej to kolejna pozycja, którą mogę dopisać do tej swojej listy.  

 

Rok 1904. W warszawskiej restauracji poznajemy Leę. Właściwie Leokadię Klonowską, wdowę po aptekarzu, Józefie Klonowskim. Kobieta opowiada swoją historię Tirchonowi z policji lekarskiej. W tym momencie wracamy do października 1895 roku.  

Leokadia to 27-letnia panna, mieszkająca z ciotką w Korytnicy. Codzienność wypełniają jej obowiązki domowe, spacery po łąkach czy sadzie. Całkowicie niespodziewanie do jej życia wkracza Józef – wdowiec, aptekarz z Warszawy. Nie była to wielka miłość, mężczyzna już na pierwszym spotkaniu zaproponował Leokadii małżeństwo. I tak nasza bohaterka trafia do Warszawy. Stara się stosować do rad ciotki, która zawsze powtarzała, żeby być posłusznym mężowi, nie denerwować go, robić wszystko „po bożemu”, opiekować się domem i przemilczać pewne sprawy. Ale dość szybko okazuje się, że są rzeczy, których pominąć nie może.  Przede wszystkim – kim była zmarła żona Józefa? Dlaczego jej małżonek, zwykle spokojny, w pełni opanowany, na pytania Lei o swoją poprzedniczkę tak się złości? Dlaczego wszyscy nabierają wody w usta, kiedy kobieta stara się dowiedzieć czegoś o poprzedniej żonie Józefa? 

W pewnym momencie Lea odpuszcza, nie pyta o Sabinę, przynajmniej na chwilę. Zbliża się do Józefa, a ten pokazuje jej apteczny świat. Nie wszystkim się to podoba. Wincent Reutowicz, najlepszy przyjaciel Józefa i jego wspólnik, przy każdej okazji wspomina, że apteka to nie jest miejsce dla kobiet. Początkowo jego poglądy podziela mąż Lei, ale ta nie odpuszcza i pokazuje mu, że zna się na ziołach. Wkracza w świat mężczyzn i w nim zostaje, na tyle, na ile pozwalają jej obecne czasy. Pomaga mężowi przy badaniu fałszywych leków i wspiera go w tym.  

 

Lea to silna kobieta. Nie poddaje się nawet po śmierci męża, postanawia wziąć życie w swoje ręce. Polubiłam ją. To kobieta, która zawalczyła o swoje szczęście, pokazała, że kobieta również może wykonywać męskie zawody.  Często przywołuje słowa swojej ciotki Anastazji i czasami udaje jej się do nich zastosować. Lea zmienia się. Dostosowuje się do życia w Warszawie, chociaż nigdy nie zapomina o Korytnicy. Szanuje męża, który jest dla niej dobry.  

Drugą postacią, która mnie zafascynowała, jest Reutowicz. Przyjaciel Józefa, współwłaściciel apteki. Lea nie mogła go znieść, często irytował ją swoimi przytykami, jednak nie pozostawała mu dłużna. Często mieli małe spięcia. Po wszystkim Józef zazwyczaj stawał po stronie przyjaciela, co powodowało małe kłótnie pomiędzy małżonkami. Z czasem jednak Lea przekonuje się do Reutowicza. Ten pomaga jej po śmierci Józefa, opiekuje się kobietą. Uważam, że Reutowicz miał ogromny potencjał, który został w pełni wykorzystany.  

 

W książce widać przemiany bohaterów. Każdy z nich przeszedł jakąś drogę i autorka położyła na to nacisk. Czuć te zmiany, czasem bardzo subtelne, ale wywołujące uśmiech na twarzy. Najczęściej w książkach zmienia się tylko główna postać. Przechodzi jakąś drogę, nabiera doświadczeń, przy czym reszta bohaterów pozostaje w tym samym miejscu, co na początku. Na szczęście w „Piołunie na zapomnienie” jest inaczej i bardzo mnie to cieszy.  

„Piołun na zapomnienie” pełny jest retrospekcji, często wielokrotnych. Czasem gubiłam się w tym wszystkim i musiałam powoli analizować każde słowo, żeby zrozumieć sens. Dzięki temu możemy się dowiedzieć więcej o Leokadii, zrozumieć ją lepiej. 

Jest jednak coś, co z jednej strony jest plusem, ale z drugiej… Książka jest niesamowicie długa. To jedna z dłuższych powieści, jakie miałam okazję czytać. Jest to zaleta, bo wiele nauczyłam się z niej, zmusiła mnie do myślenia, ale czasami po prostu mnie męczyła. Jest w tym wszystkim zawarte tak dużo przemyśleń Lei, opisów, że w pewnym momencie to po prostu męczy. Czasami po prostu to było zbyt szczegółowe, zbyt rozciągnięte i owinięte w górnolotne słowa.  

W „Piołunie na zapomnienie” występuje dużo więcej postaci, to oczywiste. Jest Jan, młody dziennikarz, który zawraca Lei w głowie, Marianna – przyjaciółka kobiety. Nie wspominam o nich, bo dla mnie są tylko tłem i starając się opisać tych bohaterów, nawet jednym zdaniem, odkryłabym wszystko, co z nimi związane.  

 

„Piołun na zapomnienie” to bardzo wciągająca książka. Spędziłam nad nią dwie doby, prawie nie śpiąc i nie jedząc. Pochłaniałam kolejne strony przemyśleń Leokadii, czekałam z niecierpliwością na kolejne sytuacje. Warto przeczytać tę pozycję, razem z główną bohaterką odkrywać kolejne tajemnice.  

I tak na zakończenie. Mam wrażenie, że Leokadia Klonowska podbiła moje serce właśnie tym, jak bardzo walczyła o swoje miejsce w „męskim” świecie. I jestem w stanie zrozumieć jej zdecydowanie i determinację przez to, że sama studiuję jeden z kierunków, które są opanowane przez mężczyzn. Lea pomogła mi rozjaśnić pewne sprawy i wątpliwości związane właśnie z tym. Dzięki Lea!