Poldarkowie po raz trzeci, czyli recenzja ,,Jeremy’ego Poldarka”

Anna/ Sierpień 6, 2018/ Dziedzictwo rodu Poldarków, Książki/ 0 comments

Saga rodu Poldarków jakiś czas temu podbiła moje czytelnicze serce. Po przeczytaniu bardzo dobrego Rosa Poldarka (więcej tutaj) i idealnej w moim odczuciu Demelzy (zapraszam tutaj) przyszedł czas na sięgnięcie po kontynuację. Nie ukrywam, iż Jeremy Poldark był dla mnie tomem, o którego poziom bardzo  się martwiłam. Jako wieloletnia czytelniczka mam pełną świadomość, że niemal nierealnym jest stworzenie wielotomowego cyklu, który nie zawierałby przynajmniej jednej słabszej części. Wbrew pozorom to wina nie tylko autora, ale również nas – odbiorców, którzy z jednej strony chcą poznawać dalsze losy ukochanych bohaterów, a równocześnie liczą, iż na każdym kroku będą zaskakiwani. Tylko czy takim oczekiwaniom da się sprostać, zwłaszcza w sytuacji, kiedy poprzedni tom był genialny? Sprawdźmy!

Po bolesnych wydarzeniach, opisanych  w Demelzie, Poldarkowie wciąż nie mogą doznać ukojenia. Do znanych już zmartwień dochodzą nowe, które mogą doprowadzić rodzinę do ostatecznego upadku. Ross zostaje oskarżony o rabunek dwóch statków, napaść i podjudzanie miejscowej ludności do splądrowania wraków, co może skończyć się dla niego nawet wyrokiem śmierci. Mężczyzna stawia wszystko na jedną kartę. Sprzedaje udziały w kopalni i tuż przed procesem decyduje się, że sam wygłosi mowę końcową. Francisa, mimo niesnasek z kuzynem, bardzo się o niego martwi. Poczucie winy popchnie go do działań, które mogą skończyć się tragedią.

W tym samym czasie Demelza postanawia ukryć przed mężem pewien sekret. Zachowanie  tajemnicy nie będzie jednak łatwe i sprawi, że dziewczyna będzie niemal samotnie mierzyć się  z wątpliwościami, nadziejami i poczuciem, że historia może zatoczyć koło. Na szczęście, nasza bohaterka może liczyć na emocjonalne wsparcie ze strony Verity, która już wkrótce stanie twarzą w twarz z dziećmi Andrew z pierwszego małżeństwa.

Na  brak rozterek sercowych nie będzie narzekał doktor Enys, który w dość nietypowych okolicznościach pozna niezwykle rezolutną młodą damę, która całkowicie zawładnie jego myślami. Czy młody medyk, który niewątpliwie ma słabość do kobiet typu famme fatale tym razem dobrze ulokował swoje uczucia?

Aidan Turner (jako Ross) i Eleanor Tomlinson (Demelza) na planie serialu ,,Poldark. Wichry losu”

Trzecia osłona sagi rodziny Poldarków ma w sobie większość elementów, za które czytelnicy wcześniejszych tomów tak bardzo ją pokochali. Wbrew pozorom nie jest to do końca pozytywne stwierdzenie. Oczywiście niezwykle przyjemnie jest powracać do  świata i postaci, które już znamy. Z drugiej jednak strony, wówczas bardzo łatwo wyłapujemy schematy budowy fabuły, które mogą spowodować, że będziemy znali kolejne kroki bohaterów jeszcze zanim autor nam je opisze. W przypadku Jeremy’ego Poldarka  Winston Graham postanowił skupić się wszak na typowym dla siebie ograniczaniu dramatyzmu i ugruntowaniu charakterów znanych już nam postaci. Chlubnym wyjątkiem od tej reguły jest jednak wizerunek Rossa, którego zachowanie staje się jeszcze bardziej niejednoznaczne niż wcześniej. Brytyjski autor to właśnie na jego przykładzie po mistrzowsku pokazuje jak płynna jest granica między dobrem a złem.

Jak już wcześniej wspomniałam, Jeremy Poldark to jak dotąd najmniej zaskakujący tom cyklu. Podejrzewam, że jest to związane z faktem, że Graham postanowił nieco zainspirować się motywem powtarzalności losu ludzkiego. Nie oznacza to jednak, że w powieści nie znajdziemy kilku sytuacji, które choć na chwilę zbiją nas z tropu. Dziwnym trafem wszystkie dotyczą  Payntera, który nie tylko wywoła niemałe zamieszanie wśród mieszkańców rodzinnej wioski, ale również wykaże się sprytem. Patrząc jednak na losy byłego służącego Poldarków, trudno nie odnieść wrażenia, że na tym etapie cyklu Winston Graham rozważał zamknięcie wątków komediowych. Na szczęście z tego zrezygnował, co pośrednio zmusiło go do zastosowania irracjonalnych rozwiązań fabularnych. Chociaż uważam to za jeden z najsłabszych aspektów powieści, to równocześnie właśnie w tym miejscu widać, jak niedostatki fabuły może nieco zakryć genialnym polskim przekładem. We fragmentach, gdzie opisywane jest życie miejscowych robotników, Tomasz Wyżyński wykazał się niezwykłą dbałością, jeśli chodzi stylizację języka. Tam, gdzie czytelnik ma się uśmiechnąć to właśnie zastosowana gwara potęguje  komiczny efekt przywoływanych scen. Wracając jednak do istoty powieści, trzeba powiedzieć, że każdy kolejny tom sagi jest coraz bardziej pesymistyczny.

Luke Norris jako dr Dwight Enys w serialu ,,Poldark. Wichry losu”

Najwięcej obiekcji mam do długości opisów realiów historycznych. Jeśli czytaliście moje poprzednie teksty o tym cyklu, to wiecie, że w Rossie Poldarku brakowało mi odniesień do wydarzeń opisywanego okresu, co zrekompensowała mi Demelza. Jeremy Poldark to dla mnie znakomity przykład na to, że rozbudowane opisy trzeba stosować z umiarem. W trakcie czytania o tle politycznym epoki, zdałam sobie sprawę, iż autor traktuje je niczym zapychacz, mający nieco oddalić moment kulminacyjny. To tak, jak z żartami o słynnym amerykańskim tasiemcu, gdzie bohater stawia wodę na herbatę, a czajnik gwiżdże jakieś dziesięć odcinków później. Poprzednie tomy zachwyciły mnie tempem akcji, lecz tym razem to właśnie nieumiejętne rozłożenie akcentów sprawia, że książka może miejscami nudzić, zwłaszcza te osoby, które nie interesują się arkanami dawnego prawa wyborczego.

Podsumowując, uważam trzeci tom Dziedzictwa rodu Poldarków za najsłabszy z tych, które dotąd czytałam. Cieszę się jednak, że wydawnictwo Czarna Owca zdecydowało się na publikację dalszych odsłon cyklu, bo nie chciałabym skończyć przygody z  tą historią rozczarowaniem, które aktualnie czuję.

Na koniec, oczywiście mała wzmianka dla fanów Poldark. Wichry losu. Omawiana przeze mnie fabuła obejmuje pierwsze sześć odcinków drugiego sezonu serialu.