Recenzja płyty Disclosure – Settle

Stanisław/ Marzec 6, 2016/ Blog Stanisława, Książki/ 0 comments

Porównywanie i odwoływanie się do Daft Punk to chyba główny grzech recenzji wszystkich możliwych płyt elektronicznych, ale w przypadku braci Lawrence nie sposób się od tego uciec. Duet, który podbija świat przełomową dla swojego środowiska płytą mocno klubową z niewielką dozą różniących się od reszty utworów, których to styl potem dominuje drugi krążek. Hmmm…

Żeby jednak zwrócić honor dwójce robotów z Francji, należy dodać że tutaj mamy iście odwrotny przypadek. U Daftów pierwsza pierwsza płyta jest dobra, ale poza kilkoma świetnymi singlami nie porywa (Homework), natomiast druga – Discovery – była istnym przełomem w elektronice i po 15 latach (!) cały czas jest świeża, a do singla One More Time okrzykniętego w pewnym magazynie muzycznym jednym z „tanecznych utworów wszechczasów” można cały czas śmiało tańczyć i się świetnie bawić. Jednym słowem jest ponadczasowa. Natomiast u braci Lawrence, którzy przybrali nazwę Disclosure to ich pierwsze wydawnictwo jest dobre, zróżnicowane i w swojej kategorii rewelacyjne. A druga płyta, choć również dobra, bazuje na już utartych schematach i brakuje w niej większego zaskoczenia. Do waszych rąk oddaję na razie recenzję tej pierwszej. 😉

Słowo o wydaniu. Płyta jest prezentuje się bardzo klarownie i minimalistycznie, wydaje mi się, że rezygnując z wydania pudełkowego i kupując zamiast niego wersję cyfrową wiele się nie traci. Książeczka to świstek z jednym fajnym obrazkiem na rozkładówce, twarzą – symbolem zespołu na wewnętrznych częściach okładki oraz wypisanymi wszystkimi utworami razem z prawami do nich, producentami, bla bla. Do prawie metrowej, rozkładanej na jeden długaśny kawałek papieru książeczki z płyty Demon Days zespołu Gorillaz (gdzie każdy utwór ma swój obrazek go symbolizujący!) jej daleko. No, ale nie kupujemy CD-ków dla wrażeń wizualnych, ale głównie dla muzyki, prawda?

Po włożeniu jednej z najfajnieszych płyt jakie widziałem, krążka w kolorze wypranej pomarańczy, na której widnieje jedynie nazwa i zero bzdur pokroju copywrightów, wytwórni i tym podobnych (dobra, już przestaję), na wyświetlaczu odtwarzacza naszym oczom ukazuje się spora liczba – aż 14 utworów. Moim pierwszym odczuciem było więc, że będzie czego słuchać. I nie zawiodłem się!

Trochę już zdradziłem na początku, opisując „Settle” w kilku słowach – „wydawnictwo dobre, zróżnicowane i w swojej kategorii rewelacyjne”. I taka jest ta płyta – to jeden z największych powiewów świeżości w muzyce klubowej dławionej przez wszędobylski progressive house i coraz mocniej rozpychający się w świecie radia trap graniczący z popem. Chociaż jej autorzy posługują się w większości jedynie pociągłymi dźwiękami syntezatora, w którym przestawiają chyba tylko tonację i kilka pomniejszych ustawień (aczkolwiek nie chcę wyrokować, nie znam się) oraz perkusją, która z kolei występuje tutaj w każdej możliwej wariacji klubowej i dorzucają do nich wokale, uzyskują zadziwiająco szerokie spektrum utworów. Tu mamy kilka topornych, samplowych bangerów, tu śpiewane utwory z podkładem house`owym, tu… coś… co można nazwać za przeproszeniem chyba tylko”syntezatorowym orgazmem”, niektóre piosenki decydują się przejść płynnie do swoich następczyń i stworzyć „continous album”… Aż szkoda, że przy tym swoim zacięciu do eksperymentów Disclosure nie pokusili się o nieco więcej zabiegów muzycznych niż wyżej wpomniany tercet „perkusja plus syntezator & wokale” i częściej bawili się w, na przykład, wplatanie gitary basowej w swoje utwory. Bo mimo wszystko jest to płyta gdzie jedynym przejawem „naturalności” są wokale. Reszta to czysta elektronika i nie wszystkim się to może spodobać.

Przygodę z „Settle” otwiera nam chyba najlepsze intro, jakie słyszałem kiedykolwiek na płycie. Nie jest to kilkunastosekundowy, niedający się słuchać niezależnie wypierd, jakiego często można doświadczyć w wydawnictwach, gdzie autorzy decydują się w ogóle na wprowadzenie go na początek. Tutaj panowie z Disclosure serwują nam… rodzaj przemówienia motywacyjnego, gdzie jakiś mówca, trener motywacyjny, może pastor przemawia egzaltycznie na temat spełnienia, patrzenia na ogień i zmianie życia – jednym słowem takie „just do it” i prawie absolutny bełkot. Do jego przemowy (która nawet nie jest rapowaniem tylko zwykłym mówieniem!) dochodzą idealnie rytmicznie syntezatory, następnie perkusja i cichutki żeński chórek. Po niecałej minucie wszystko cichnie, na płycie włącza się płynnie drugi utwór, a mówca wypowiada jedno zdanie które następnie zapętla się i staje się kanwą utworu „When a fire starts to burn” – jednego z klubowych bangerów na płycie. Istny majstersztyk!

(na płycie intro jest znacznie bardziej wyraziste i zgrywa się z przemową, polecam!)

Dalej zaczyna się już istna podróż po krainie syntezatorów i klubowych dźwięków. Jak już wspomniałem, mamy tutaj dużo utworów tanecznych; należy do nich zmysłowe i surowe „F for You”, samplowane „Stimulation” czy graniczące z psychodelą ostre „Grab Her!”. Ktoś nie lubi perkusji zapętlonej na cały utwór? Okej, mamy dla niego popowate „Latch”, jeden z hitów płyty czy dobrze zaśpiewane utwory takie jak „Confess To Me”, „You&Me” albo „January”. Niektóre utwory są z kolei hybrydami i łączą klubowatość z wokalami. Na wyróżnienie zasługuje „Voices”, rewelacyjny i mocno niedoceniony utwór, w którym rządzi zarówno ciasny perkusyjny rytm 4×4, jak i wokal Sashy Keable, która wchodzi w niego dosłownie jak w masło. Jest to chyba najlepsza piosenka na płycie.

Hm, a co z utworem który nazwałem „syntezatorowym orgazmem”? Oto on – Second Chance w całej swej okazałości. Bardzo eksperymentalna piosenka, którą bardzo przyjemnie się słucha mimo pozornego chaosu, a która przechodzi następnie płynnie w „Grab Her!”;

Nazwanie tej płyty „geniuszem” byłoby obrazą dla klasyków muzyki nowożytnej, takich jak AC/DC, Phil Collins, itp. itd…

Ale już nazwanie „geniuszem w swojej kategorii” jest jak najbardziej słuszne. To płyta, z którą powinien się zapoznać każdy fan muzyki klubowej a także każdy, komu niestraszne trochę inne brzmienia. Jedyną jej wadą jest chyba lekka monotematyczność, wynikająca ze stosowania cały czas tych samych środków wyrazu. No ale cóż… Disclosure po prostu takie jest. Jak to pisali ludzie pod jednym z ostatnich, bardzo ostrych klubowych utworów duetu – „w tej piosence brakuje mi takiego poczucia Disclosure”.

I chyba właśnie przez swój własny styl i „poczucie Disclosure” ta płyta jest taka dobra.