Stara Słaboniowa i spiekładuchy, J. Łańcucka

9kier/ Wrzesień 25, 2017/ Książki/ 0 comments

Toż gadajo we wsi, że taki geniusz to nie dar Boży, ino szatański, co to się z podszeptów złego bierze i skutkuje w wiecznej człeka niedoli. Ja tam nie wim, ale babka mówi, żeby przez trzy księżyce wstążyczki czerwone winzać, to winże, a do tego mszę zamówię.

Pukam palcem w okładkę i mówię: – Przeczytaj koniecznie. Świetna rzecz. A gdy pada pytanie, o czym to, zawsze mam zagwozdkę, bo gdyby ktoś powiedział mi, że to książka fantasy o starej babie, która mieszka na wsi i uchodzi za lokalną wiedźmę, uciekłabym na Kamczatkę. Zaczynam więc inaczej. Od osadzenia fabuły we wciąż niezbyt eksploatowanym folklorze słowiańskim, który w Starej Słaboniowej i spiekładuchach miesza się z codziennym wiejskim życiem, tworząc niepowtarzalny klimat małej zabobonnej społeczności. Od talentu autorki Joanny Łańcuckiej, która nie dość, że okazała się bardzo sprawna językowo – powieść jest lekko stylizowana na niewymuszoną, nieinwazyjną gwarę – to jeszcze, jako profesjonalna plastyczka, samodzielnie zobrazowała treść czarno-białymi ilustracjami. Od doskonałych proporcji pomiędzy powolnością narracji a akcją oraz oszczędności we wprowadzeniu motywów nadprzyrodzonych.

Stara Słaboniowa i spiekładuchy mają już cztery lata, bo też w tym roku Oficynka wydała zaledwie reedycję, ale sama Słaboniowa ma prawdopodobnie grubo ponad sto lat, a przez dekady dużo się dziwów naoglądała. Choć to babuleńka wspierająca zgarbione ciało na leszczynowej lasce, niczym rasowy wiedźmin wie, jak poradzić sobie ze zmorą, która nocami poddusza niewinnych ludzi i zajeżdża konia sołtysa, albo inną południcą. Część mieszkańców, zwłaszcza ta bardziej bogobojna, traktuje Słaboniową z rezerwą, ale starsza kobieta jest pierwszą osobą, do której zwracają się, naturalnie w tajemnicy przed sąsiadami, gdy w grę wchodzą jakieś siły nieczyste. Łańcucka zarysowuje nie tylko przemiany technologiczne i pokoleniowe dokonujące się na wsi, ale również to, co niezmienne – fakt, że zdesperowani ludzie chwytają się wszystkiego. Nie jest to jednak opowieść o żerowaniu na naiwności, gdyż mądrość Słaboniowej – bazująca na starych ludowych tradycjach, a nie, w przeciwieństwie do sąsiadów, na naukach Kościoła katolickiego – nieraz ratuje życie i zdrowie. Jej posługa, pełniona skromnie i po cichu, bywa nielekka, a wdowa płaci za nią koniecznością życia niby jako członek społeczności, ale na językach ludzi (postrzegających ją jako czarownicę i starą wariatkę) i jakby na uboczu.

Jedynie fakt, że kolejne rozdziały mają podobną konstrukcję, zaburzał mi nieco odbiór całości. Poza tym uważam Starą Słaboniową i spiekładuchy za niezwykle klimatyczny debiut, w dodatku świetnie napisany i zredagowany. (Wydawało mi się, że w jednym miejscu powinna być „rzyć” zamiast słowa „żyć”, ale być może źle zrozumiałam kontekst; raz czy dwa zwróciłam też uwagę na brakujący przecinek). To prosta opowieść o prostych ludziach pragnących prostego życia i prostej śmierci. Z przyjemnością przeczytam prequele, spin-offy i sequele, jeśli autorka zdecyduje się kontynuować tę magiczną przygodę.