Stephen King – Opowieści makabryczne

9kier/ Styczeń 14, 2018/ Książki/ 0 comments

Niech mnie kule biją, jeśli na okładce komiksu Opowieści makabryczne w zakapturzonego upiora nie wcielił się sam King!

Dobrze, że nie postanowiłam się nigdy o to założyć, bo przegrałabym haniebnie – rysunek pochodzi z 1982 roku, z czasów, kiedy mistrz grozy miał zaledwie 35 lat i bliżej mu było do młodego Jima Carreya niż do siwego, poznaczonego zmarszczkami 70-latka. Zamiast pozować do obrazków przedstawiających jednookie szkielety w Opowieściach makabrycznych wcielił się w młodego, szalonego i wyjątkowo pechowego farmera, a przede wszystkim napisał składający się z pięciu krótkich historii scenariusz. Na jego podstawie w pierwszej kolejności stworzono film Creepshow – wyreżyserowany przez ojca Nocy żywych trupów, George’a Romero, z charakteryzacją Toma Saviniego – a później bazujący na nim komiks. Na 64 stronach brakuje, w porównaniu z wersją kinową, wątku spinającego poszczególne historie, czyli dzieciaka, którego ojciec wyrzuca komiks Creepshow do śmietnika (pojawia się wyłącznie na okładce). Pięć krótkich form – o kobiecie co roku powracającej na grób ojca, o meteorycie znalezionym przez wspomnianego farmera, o skrzyni odnalezionej pod schodami, o makabrycznych konsekwencjach zdrady i o karaluchach w apartamencie pewnego bogacza – serwuje się więc czytelnikom bez sensownego kontekstu, a narratorem jest właśnie rzeczony upiór.

Ten jest bez dwóch zdań najsłabszym elementem komiksu, choć, nie da się ukryć, wpisuje się w słodko-gorzką, horrorowo-komediową stylistykę. Zwraca się do czytelników per „dzieciaczki”, nieustannie chichocze (co zawsze lepiej sprawdza się w filmie niż w formie „hi, hi, hi czy „ha, ha, ha”) i trudno nie mieć wrażenia, że całość lepiej radziłaby sobie bez jego infantylnych komentarzy. Proste, w większości pozbawione cieniowania, niepowalające rysunki wykonało małżeństwo Bernie Wrightson (który zmarł w marcu w zeszłego roku, mając 68 lat) i Michele Wrightson (zmarła dwa lata przed nim), bazując na aktorach występujących w filmie, m.in. Edzie Harrisie, Lesliem Nielsenie, i wypierając sceny z żywych kolorów. Niektórych, np. młodego Kinga, nie oddano przesadnie wiernie, ale taki choćby Hal Holbrook wyszedł fantastycznie i powinien był wysłać Wrightsonom butelkę dobrej whiskey. Czuć w grafikach silny posmak retro, który – jako że Opowieści makabryczne były ponoć stylizowane na lata 50. – najpewniej dało się wyczuć już w latach 80.

To komiks na piętnaście, może dwadzieścia minut czytania i oglądania i choć lekturę uważam za przyjemną, więcej radości dała mi jednak późniejsza konsumpcja filmu – nawet jeśli pominę oczywiste zalety medium, jak choćby udźwiękowienie, wymienię brak irytującego narratora, budującą atmosferę zabawę oświetleniem, długość seansu czy grę aktorską wtłaczającą iskrę życia w niezbyt wyraziste postaci. Przykładowo marsz topielców w filmie był przez długi czas ledwo sugerowany za pomocą cieni czy odgłosów, a komiks natychmiast wyłożył kawę na ławę i nawet nie próbował wywołać podobnego suspensu. Również ich kostiumy, choć z perspektywy współczesnego krytyka mogą się wydawać tandetne, zrobiły na mnie nieporównywalnie większe wrażenie, bo w wersji papierowo-rysunkowej były zaledwie plamami bladej zieleni z wodorostami tu i ówdzie. Komiksowe Opowieści makabryczne, wydane pod koniec października przez Albatros, nie różnią się zbytnio – może poza odrobinę pulchniejszym logotypem – od wersji wydanej w 2008 roku przez wydawnictwo Prószyński i S-ka i podobnie jak ona mogą ucieszyć zarówno niedzielnego czytelnika, jak i kolekcjonera.