Susan Dennard  – „Prawdodziejka” – recenzja

AniaG/ Luty 5, 2017/ Książki/ 0 comments

„Prawdodziejka” to pierwszy tom z cyklu Czaroziemie autorstwa Susan Dennard. Samo spojrzenie na „Prawdodziejkę” sprawia, że chce się ją pochłonąć w całości. Z okładki jednym okiem rzuca nam wyzwanie dziewczyna, która, to oczywiste, nie da sobie w kaszę dmuchać. Dodajmy do tego rekomendację od Sarah J. Maas, która jest przyjaciółką Dennard, oraz Wydawnictwo SQN Imaginatio – nie trzeba pisać nic więcej. Byłam sprzedana zanim otworzyłam książkę. No ładnie!

prawdodziejka_front_1000pxDennard z miejsca rzuca nas w wir akcji i zaczyna od zdania, które jest tak życiowe, że aż zabawne: „Wszystko poszło kompletnie nie tak”. Osiemnastoletnie więziosiostry: błękitnooka Safiya fon Hasstrel oraz ciemnowłosa Iseult det Midenzi kochają kłopoty. Ich wielki napad obraca się w wielką katastrofę i przyprawia ich o groźnych wrogów, których liczba rośnie w zastraszającym tempie. Na szczęście i nieszczęście, Safi posiada wyjątkowy dar, który trzyma w sekrecie – jest prawdodziejką, zdolną rozpoznać i zdemaskować każde kłamstwo, natomiast Is to więziodziejka dostrzegająca emocje panujące w innych. Safi i Iseult, to wojowniczki, które pragną jedynie wolności w świecie, do którego nieuchronnie nadciąga wojna i zniszczenie.

„Gdybyś tylko zechciała, Safiyo, mogłabyś ukształtować świat na nowo.”

Safi, za posiadanie takich mocy grozi śmierć lub co gorsza wykorzystanie jej daru do prowadzenia politycznych gierek w krainach, w których właśnie dobiega końca 20-letni rozejm. Przyjaciółki od sześciu lat nieustannie troszczyły się o siebie nawzajem i kierowały zasadą: „Zacznij, zakończ”, dbając wyłącznie o przetrwanie, ale pewne rzeczy ulegają zmianie, kiedy na horyzoncie pojawia się widmo wojny. Safi jako domna Cartorry ma do odegrania rolę, która nie przypadnie do jej buntowniczego gustu.

Żeby jeszcze było mało, na drodze Safi staje Merik Nihar, książę Nubrevny, admirał nubreveńskiej marynarki. Z natury nieokiełznany i brutalny, panujący nad magią powietrza, ceni porządek, opanowanie, lojalność i swój naród. Jest zarozumiały, mówi w obcym języku, (a właściwie w czterech) i zdecydowanie ktoś powinien nauczyć go jak zapina się koszulę. I choć przy pierwszym spotkaniu poczęstowali się nawzajem wieloma soczystymi epitetami, muszą przyznać że nadchodzi czas, gdy będą zmuszeni na sobie polegać.

“W czasie tego tańca coś się między nimi wydarzyło – coś równie potężnego jak wiatr i muzyka, które szalały wokół nich. Było jak cisza przed burzą.”

Tak, zgadzam się z głosami, że przez pierwszych kilkanaście stron jesteśmy bombardowani nazwami, imionami i faktami, które troszkę ciężko przyswoić. Zgadzam się również z tym, że w pewnych momentach można by podkręcić tempo akcji czy wymyślić bardziej oryginalne rozwiązania, mimo to… dostajemy świat niesamowicie nieszablonowy. Mamy piratów, kobiety z brodą, słowodziejów mogących porozumiewać się we wszystkich językach, piekielnych bardów, krwiożercze lisy morskie, krzywdzące uprzedzenia, czy przyprawiającą o gęsią skórkę Lalkarkę. Bardzo polubiłam bohaterów drugoplanowych, którzy w odwadze nie ustępują tym głównym: lojalną Ryberę, waleczną Evrane, tajemniczego Aeduana i wzbudzającego respekt Kullena. Jest tu wszystko za co kocham książki: przyjaźń do grobowej deski, polityczne rozgrywki, morskie bitwy, a to wszystko doprawione szczyptą burzliwego romansu.

Safiya początkowo „zachowywała się tak, jak walczyła, i tak, jak tańczyła – doprowadzając ludzi do ostateczności i testując ich wytrzymałość”.  Z czasem przechodzi swoistą przemianę, zaczyna doceniać ideę poświęcenia dla innych i stwierdza, że „To nie wolności pragnęła. Pragnęła w coś wierzyć, w coś, dla czego mogłaby biec na złamanie karku i walczyć z narażeniem życia, ku czemu mogłaby wyciągnąć ręce w każdej sekundzie życia.” Jest to mój ulubiony typ bohaterki: taka, która bierze się w garść i stara ratować sytuację i samą siebie. Sama.

„Miałaś tyle nauki… Szkoliłaś się w magii i w walce, władasz mocą, za którą można zabić. Pomyśl, Safi, ile mogłabyś zdziałać. Pomyśl, kim mogłabyś być.”

Czy na pewno wolność jest tym czego pragniemy? Jaki los spotka księcia, który absolutnie nie jest typowym książątkiem, za to równie dobrze tańczy i całuje, co walczy? Jakie tajemnice kryje niezniszczalny caraweński mnich i kim jest postać pachnąca górskimi szczytami… i zemstą? Doceniam to, że trybiki powieści napędza pewna nadrzędna wartość: przyjaźń. Najlepszym podsumowaniem będę słowa Susan Dennard zawarte na końcu książki: „Przyjaźń potrafi być opowieścią nie mniej epicką od miłości – a kto wie, czy nie bardziej – i to właśnie chciałam powiedzieć światu”.

Ogromny plus za przetłumaczenie tytułu. Chwała, że nikt nie wyskoczył z „Czarownicą prawdy” czy innym banałem. Dostajemy cały szereg neologicznych smaczków takich jak Rzeźbimieszek. Biję pokłony i już z niecierpliwością wyczekuję wydania kolejnej części pt. „Wiatrodziej”. Niech już będzie kwiecień, bo będzie się działo!

„Czasami sprawiedliwość objawia się w małych zwycięstwach.”

A.G. – Gwiazdopatrznia 

https://www.instagram.com/gwiazdopatrznia/

prawodziejka1

logo_cmyk