Taco Hemingway, czyli klubokawiarnie, prekariusze i nocna Warszawa

Nie przepadam za rapem, szczególnie polskim. Rodzima rap scena jest dla mnie głównie zbiorowiskiem niewyżytych dresiarzy śpiewających o tym jak to nie cierpią policji i jak miasto z którego pochodzą ich ukształtowało oraz tych wielkich bogaczy, którzy mają kupy hajsu, chodzą na imprezy i pną się na szczyt mimo szczekających krytyków i hejterów. A, no i jest jeszcze Gang  Albanii, ale pozwólcie, że to dziwne zjawisko skomentuję krótkim milczeniem.

Mój ambiwalentny stosunek do polskiego hip-hopu nie oznacza jednak, że całkowicie tego gatunku nie cierpię. Od czasu do czasu bowiem natrafiam na taki raperski fenomen, który ma w sobie coś więcej, wyrasta ponad niewyraźną i miałką masę polskiego hip-hopu i jest mi w stanie zaoferować fajne doznania słuchowe. Jednym z takich fenomenów jest z pewnością Taco Hemingway.

Naprawdę ma na imię Filip Szcześniak i początki jego kariery nie były zbyt kolorowe. W grudniu 2013 wydał własnym nakładem anglojęzyczny album „Young Hems”. Płyta nie jest do odsłuchania ani na kanale YT artysty, ani na jego Spotify. Szczerze – nie miałbym o niej pojęcia, gdyby nie szukanie materiałów do tego felietonu. Tak małym echem się odbiła. W każdym razie potem przyszedł nagły sukces. Minął rok i Taco wydał kolejny album – tym razem polskojęzyczny – pod tytułem „Trójkąt warszawski”.  Oba pierwsze krążki były dostępne tylko w wersji cyfrowej, jednak „Trójkąt…” nieoczekiwanie przyniósł raperowi niesamowity rozgłos – jego twórczością zainteresowali się ludzie z wytwórni Asfalt Records. Tym samym następny krążek – „Umowa o dzieło” – miał już o wiele większy nakład i oprócz dystrybucji cyfrowej ukazał się także fizycznie, podobnie jak reedycja „Trójkąta…”.

Żeby nie było trudności, pominę w moich rozważaniach „Young Hems” i będę nazywał „Trojkąt warszawski” pierwszą płytą Taco, a „Umowę o dzieło” drugą. Teraz jak już mamy wszystko ustalone, możemy jechać dalej.

Druga płyta okazała się jeszcze większym sukcesem niż pierwsza. Dostała Fryderyka w kategorii najlepszego albumu hip-hopowego roku 2015, a pochodzący z niej utwór „Następna stacja” przez trzy tygodnie okupował  pierwsze miejsce Listy Przebojów radiowej Trójki. Szcześniak wystąpił również na zeszłorocznym Openerze. Co jednak jest takiego w Taco, że mnie przyciągnął on do siebie? Dlaczego traktuję go jako jeden z nielicznych przypadków dobrego polskiego rapera?

Cóż, przed wszystkim teksty. Od razu ostrzegam, nie oczekujcie tu wielkiej poezji – to nie Turnau czy Baczyński. Nie doświadczycie tu pięknie rapowanych liryków miłosnych o białych różach i łzach. Ale teksty Taco to rzeczywiście na swój sposób poezja – ale nie piękną, cudowną i fantastycznie wrażliwą. Nie. Poezja Taco jest brudna, obleśna, taka, jak warszawskie ulice, które opisuje.

Właśnie, Warszawa. Tytuł „Trójkąt warszawski” nie jest przypadkowy. Cała płyta to złożona opowieść fabularna, w której mamy do czynienia z trzema bohaterami – głównym protagonistą, będącym osobą mówiącą w większości utworów, jego eks-dziewczyną oraz Piotrem – znanym warszawskim podrywaczem, który ową dziewczynę naszemu podmiotowi lirycznemu odebrał. To właśnie oni są tym trójkątem warszawskim, wokół którego toczy się fabuła krążka. Jednak płyta ta ma jeszcze jednego, czwartego bohatera. A jest nim sama Warszawa właśnie. Wypełnione papierosowym dymem klubokawiarnie, bawiąca się bohema prekariuszy bez przyszłości, krążące po nocnym mieście pijane nastolatki, żądne imprezowego życia i przygodnego seksu. Taki obraz stolicy wyłania się z piosenek Taco Hemingwaya.

Jak już wspomniałem, osoba mówiącą w większości utworów na „Trójkącie…” jest ów bezimienny biedak, któremu Piotr zabrał dziewczynę. Jego przemyślenia prowadzą nas w różne miejsca Warszawy. Protagonista miota się między wesołym stanem alkoholowego upojenia a bezsensem życia po stracie ukochanej. Snuje swoją smutną opowieść przemierzając nocne ulice miasta, które „pachnie jak szlugi i kalafiory”. Wszystko to tworzy niesamowicie spójny obraz typowego przedstawiciela mieszkających współcześnie w Warszawie dwudziestolatków, którzy spędzają piątkowe wieczory w klubokawiarniach, wrzucają zrobione iPhonami foty z imprez na Instagrama.

Ale nie wszystkie utwory takie są. W znajdującym się gdzieś po środku krążka „Trójkącie” Taco oddaje bowiem głos Piotrowi. To właśnie nasz „warszawski łotr” jest tutaj podmiotem lirycznym. Fajnie wypada zestawienie obrazu Piotra w „Trójkącie” z tym, jaki przedstawia nam poprzedzający ten kawałek utwór „Wszystko jedno”. W tym drugim Piotrek jawi nam się jako bogaty podrywacz, który dzięki swojemu fajnemu autu, drogiemu zegarkowi i olbrzymiej ilości uroku osobistego może mieć dla siebie każdą bywalczynie warszawskich klubów. W „Trójkącie” z kolei, oglądając świat z perspektywy „tej szui, która miastu znana”, widzimy Piotra jako człowieka, który w alkoholu i przygodnych miłościach próbuje utopić bezsens, jaki wypełnia jego życie.

Z podziwu wyjść nie mogę, jaka ta płyta jest niesamowicie spójną i dojrzale przemyślaną historią, biorąc pod uwagę iż jest to tak naprawdę debiut. Utwory wzajemnie do siebie nawiązują, pokrywają się, a jednocześnie stanowią odrębne całości. „Trójkąt warszawski” jest według mnie lepszą z tych dwóch płyt Taco, właśnie ze względu na ową dojrzałość formy, niesamowite zaplanowanie całości w spójną i dobrze razem brzmiącą całość.

Jest jednak jeszcze drugi album „Umowa o dzieło”. Choć bardziej lubię debiut, nie mogę odmówić Hemingwayowi, że i tym krążkiem wrażenie zrobił na mnie spore. Tym razem płyta nie stanowi spójnej całości – Taco w wywiadach sam stwierdził, że nie chce uchodzić za raperskiego barda kojarzącego się tylko i wyłącznie z utworami fabularnymi. Mimo braku zarówno historii, jak i pozornego związku między poszczególnymi utworami, można na „Umowie…” zauważyć pewien wspólny mianownik. Mówi się, że Taco to poeta pokolenia prekariuszy, czyli młodych osób najczęściej zatrudnionych na tak zwanych „umowach śmieciowych”. Chodź sam artysta dementuje plotki, jakoby do tego stanu społecznego niegdyś należał, widać wyraźne nawiązania do owej specyficznej grupy ludzi w jego tekstach, zwłaszcza na drugim krążku.

Przysłuchajmy się na przykład utworowi „6 zer”. Główny bohater wprost mówi, że chciałby mieć tytułowe 6 zer na koncie, a gdy mama pyta go, czy chce przelew, mówi „Bardzo proszę”. Biedny, bez perspektyw, mimo braku kasy wiecznie chodzący do klubokawiarni, żeby przemyć życiowe porażki w alkoholu. Taki właśnie jest podmiot liryczny na większości utworów z drugiej płyty. Jednak nie na wszystkich.

Pierwszy i ostatni utwór z „Umowy o dzieło”, czyli kolejno „Od zera” i „100 kmh” stanowią swoisty prolog i epilog do całej płyty. Taco zwraca się w nich do swoich słuchaczy, opowiada o niespodziewanym sukcesie pierwszej płyty i  o tym, że skoro ludziom podoba się to, co robi, to będzie robił tego więcej. Zresztą wizerunkiem, jaki Szcześniak wokół siebie kreuje jeszcze się zajmę. Kończąc rozważania na temat „Umowy…” powiem tylko, że jednym z moich ulubionych numerów z tej płyty jest „Następna stacja”. Warto zwrócić uwagę na to, iż w tekście Taco wymienia po kolei wszystkie stacje warszawskiego metra. Polecam.

Teraz, tak, jak zapowiadałem, opowiem o ogólnym stylu i wizerunku, jaki kreuje wokół siebie Taco Hemingway. Denerwują mnie ci wszyscy raperzy, którzy pokazują, jacy to oni nie bogaci, jakie prowadzą imprezowe i energiczne życie, jakie to niespożyte ilości forsy spływają na ich konta ze sprzedaży płyt. Tak samo nie przepadam za przeginaniem wizerunkowym w drugą stronę. Wiecie, te wszystkie gangsta rapy, na ulicy wychowani, życie nienawiścią do policji i systemu. Ale jest jeszcze coś, czego nie lubię. Wybijanie się z tego utartego schematu na siłę. Chodzi mi o raperów, którzy mówią, że mają gdzieś podział na newschool i oldschool, że oni nie idą wytartymi schematami tylko tworzą własną ścieżkę. Ooo, spójrzcie na nas jacy jesteśmy awangardowi i nietypowi.

Wizerunku Taco nie mogę zaliczyć do żadnego z trzech powyżej wymienionych archetypów. Z wywiadów i innych jego wypowiedzi można wywnioskować, że jest on po prostu artystą, twórcą – nie obchodzi go styl, wizerunek, tylko to, co tworzy. Gdy w niektórych utworach (np. „900729”) chwali się niejako swoim talentem, robi to wyjątkowo ironicznie. Sprawia wrażenie nieśmiałego człowieka, który woli żeby ludzie zwracali uwagę mniej na niego, a bardziej na jego twórczość. To takie niesamowicie nietypowe na polskiej rap scenie. Ten niezwykły wizerunek, a raczej jego brak, jest jednym z powodów, dla których uwielbiam Taco.

Krótko mówiąc, gorąco wam Taco Hemingwaya polecam. Nie boję się powiedzieć, że to fenomen w polskim rapie. Niebanalne teksty, wyjątkowa dojrzałość artystyczna i wielki talent sprawiają, że Filip Szcześniak to jedno z najważniejszych odkryć rodzimego hip-hopu ostatniego pięcio-, a może nawet dziesięciolecia. Życzę Taco jak najlepiej. Niech się rozwija, gra koncerty, wydaje kolejne płyty i będzie ciągle tak samo fajny, jak już jest.