Lekki zawód – recenzja „Tarkina” autorstwa Jamesa Luceno

Dziś porozmawiamy sobie czy pierwsza wydana w Polsce książka z nowego kanonu Gwiezdnych Wojen z impetem i klasą rozpoczęła żywot tej nowej gałęzi uniwersum.

Świat Star Wars zatrząsł się w posadach, kiedy Disney gdzieś w okolicy wydania Przebudzenia Mocy ogłosił wieść, od której autorom i czytelnikom blisko kilkuset gwiezdnowojennych książek włosy stanęły dęba. Oto budowany przez lata i pieczołowicie zapychający kolejne czarne dziury w linii czasowej świata SW kanon zostaje bezdyskusyjnie zepchnięty do roli „alternatywnej historii galaktyki” a jego miejsce zajmuje NOWY KANON. Wszystkie wymysły pokroju dzieci Hana Solo z Leią, Labolatorium Otchłani, Daali, nowej Świątyni Jedi, Dartha Plagueisa zostają w starym kanonie i zostają nadpisane historią z Przebudzenia Mocy. Jednak na otarcie łez Disney ogłasza wszem i wobec: nowa historia będzie nową jakością. Nasze Lucas Books będzie czuwało nad spójnością wszystkich możliwych elementów kanonu. Postaci będą się przenikały niemal idealnie i tak dalej i tak dalej. Brzmiało to iście imponująco. Czyżby koniec z tarciami między książkami, z różnymi wrzodami — marnymi i taśmowymi powieściami pisanymi przez niespełnionych pisarzy, zasadą „kto pierwszy ten lepszy zaklepuje sobie daną linię czasową, nawet jeśli robi to w sposób iście idiotyczny i wpływa na kształt wszystkich książek napisanych potem”? No, czytając Tarkina, to niekoniecznie.

Ale po kolei.

TarkinCover

Książka „Tarkin” to druga na świecie i pierwsza w Polsce książka, która została wydana w ramach pierwszego kanonu Disneya. Co więcej, wyszła ona spod pióra autora osławionego Dartha Plagueisa, co podbija jej atrakcyjność i wzmaga oczekiwania wobec takiej powieści. Siłą rzeczy otwiera (albo, w przypadku reszty świata, trzyma dopiero co otwarte drzwi) uniwersum. Jest jednak jeszcze jedna rzecz, dla której ta książka przybiera na atrakcyjności: postać samego Tarkina. Tarkin to w świecie Gwiezdnych Wojen generał, Wielki Moff, zarządca Gwiazdy Śmierci. Postać, która pojawia się tylko na jedną, dwie sceny w oryginalnej trylogii, ale swoją surowością, bezlitosnością i aparycją rozpaliła do czerwoności wyobraźnię fanów na całym świecie. Jako iż jej wątek został świetnie rozwinięty w „Gwieździe Śmierci” (recenzuję ją o tutaj, klik!) nie mogłem się wprost doczekać kupienia pozycji traktującej w całości o nim. Mój apetyt dodatkowo podsycało jej przepiękne wydanie, które, choć bardziej nieporęczne od książek wydawnictwa Amber odpowiedzialnego za Stary Kanon to stojące na bardzo wysokim poziomie. Niestety, coś trochę nie pykło.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie jest to zła książka, wszystko jak najbardziej jest na swoim miejscu, dobrze napisane, wątki nie wykluczają się ani na moment, ale odnosimy po prostu wrażenie, że można było to zrobić lepiej i nowe uniwersum mogło wystartować z większym przytupem. Oto autor wrzuca nas w następujący epizod z życia generała: Tarkin został całkiem niedawno przydzielony jako naczelny budowy Gwiazdy Śmierci i jednocześnie pilnuje jakąś zapyziałą bazę na obrzeżach galaktyki. Nieco później, w wyniku kilku splotów wydarzeń oczko w głowie Tarkina i nagroda za jego sprawowanie — jedyna w swoim rodzaju korweta „Cierń” — zostaje porwana przez bandę piratów. Jako iż jest ona niejakim symbolem oraz ma potężną moc, generał do spółki z Vaderem zaczynają ją dramatycznie ścigać. Jednocześnie poznajemy różne specyficzne epizody ze wczesnego życia oraz dzieciństwa Tarkina i dowiadujemy się, czemu właściwie stał się taki, jaki jest — bezlitosny, szorstki, gotowy za jednym zamachem zniszczyć całą planetę. No i tu następuje pierwszy zgrzyt — kreacja postaci. Jestem w stanie zrozumieć fakt, że okrutne próby wymyślone przez zgorzkniały i zimny ród Tarkinów, które przeżył jako dziecko i które są jedną z ciekawszych części książki, nie odbiły się zbytnio na jego psychice, ponieważ był tak wychowywany od małego i zabijanie zwierząt gołymi rękami nie przysporzyło mu koszmarów w nocy i traumy na całe życie. Nie jestem jednak w stanie do końca przełknąć tego, że Tarkin przez całą książkę to w sumie „równy ziomek”, wzorowy generał, który w gruncie rzeczy, zamiast odrzucać od siebie, budzi podziw. Jego obycie i wzgarda wobec wszystkiego zostały wspaniale uwypuklone w „Gwieździe Śmierci”, natomiast tutaj jest on dosyć zamknięty w sobie, ale poniekąd serdeczny oraz dobry dla swoich żołnierzy. Co więcej, podziwia on Vadera. I byłbym w stanie zaakceptować taki obraz Tarkina, gdyby nie fakt, że autor co jakiś czas próbuje nam przypomnieć, kim on naprawdę jest, kiedy wydaje jakiś straszny i przeokrutny rozkaz (około trzy-cztery razy w ciągu powieści) co gryzie się nam ze sobą. Jak na główną postać książki, trochę słabo i chyba większość ludzi oczekiwało więcej. Gdzie bezmyślne zapatrzenie w Imperium? Drżenie skołowanych szturmowców na widok generała znanego w całej galaktyce?

Znacznie lepiej autor radzi sobie z kreacją Lordów; Imperator to cwaniak, wzorowy dyplomata, kombinator i główny zły dokładnie taki, jakiego go znamy z filmów a Vader to gniewny, małomówny Sith z krwi i kości, który w pewnym momencie przełamuje się na chwilę i wykazuje ludzkie odruchy. Niestety, jest też rzecz, którą autor położył doszczętnie. Piraci porywający korwetę to wyjęta z kontekstu klasyczna banda RBODGUZOINWPU: Rebelianckich Bojowników O Dobro Gotowych Umrzeć Za Ojczyznę I Nienawidzących Wszelkich Przejawów Ucisku. Przybijają gesty jedności, wygłaszają wykłady o okrucieństwie Imperium itp. itd. i są to postaci tak wycięte z papieru, porozumiewające się specyficznym, ziomalskim slangiem i tak rzadko pojawiające się w książce, że poza tym, że były tam bodajże dwie kobiety i kilku mężczyzn nie jestem w stanie wymienić nawet jednego ich imienia.

Jeśli zaś chodzi o fabułę, jest w porządku i tyle. To przygodówka, momentami przynudzająca a momentami wciągająca na kilka-kilkanaście stron. Autor wprowadza kilka ciekawych planet, po cichu jak i zupełnie jawnie wciąga kilka wątków z poprzedniego Kanonu (czym na swój sposób trolluje całą ekipę weryfikacyjną Kanonu), ale też niestety za dużo bawi się w political fiction. Jeśli nie znasz na pamięć mapy gwiezdnej okolic planety Tarkina albo nie zwolnisz i nie będziesz słowo po słówku śledzić rozmów generała i Imperatora na temat systemów planetarnych, szlaków handlowych czy panujących tam wojen, nie zrozumiesz nic. Czytanie o dziesiątkach planet o dziwnych, niezapadających w pamięć nazwach, między którymi są jakieś spory, w które Tarkin się wciska, jest męczące i pamiętam tylko kontekst i o co z grubsza chodziło. Egzotyczny i przyjemny w odbiorze (choć początek i używane przez bohaterów nazewnictwo niesamowicie pachniało mi Young Adultami, Więźniem Labiryntu, Igrzyskami Śmierci itp.) jest zaś równoległy wątek dzieciństwa Wielkiego Moffa, o którym to wspominałem kilka zdań temu. Wyjaśnia on w zadowalający sposób, dlaczego Tarkin jest taki, a nie inny i co ukształtowało jego osobowość.

Podsumowując, czytelnicy dostali na wskroś przyjemne czytadło, które można przeczytać bez większych oczekiwań, a fani Gwiezdnych Wojen coś, co dało się zdecydowanie lepiej rozegrać, ale również nie jest źle.

PS. Krótka osobista dygresja. Jeśli chodzi o to, co powieść wnosi do kanonu, to niestety zawiodłem się na tym polu, między innymi nie odpowiada mi fakt, że Tarkin podziwia Vadera. Także fakt, że Gwiazda Śmierci w przeciwieństwie do Kanonu Legend powstała w całości z inicjatywy Imperatora a Tarkin został tylko przydzielony do jej budowy, nie jest zbytnio pasjonujący. Zdecydowanie bardziej odpowiadał mi zamysł, wedle którego zadufani i zapatrzeni w siebie i Imperium generałowie niejako wymusili budowę Gwiazdy, podczas gdy Imperator patrzył na to z lekkim politowaniem i podejściem „budujcie sobie chłopcy, budujcie, Moc jest silniejsza od tych waszych zabawek”.