Toy wars – recenzja

Justyna eM/ Wrzesień 9, 2017/ Książki/ 0 comments

Toy – główna bohaterka książki, jest trochę popsuta. Uszkodziła ją kokaina, prostytucja i dom dziecka. Podobnie jest z tą książką – ma swoje wady i gorsze strony, ale mimo to, naprawdę da się ją lubić.

Na początku bardzo trudno było mi się wtłoczyć w świat, jaki wykreował dla czytelnika Andrzej Ziemiański. Po przeczytaniu pierwszych dwóch rozdziałów, miałam wrażenie, że ta książka do niczego nie prowadzi, że to po prostu jakieś dwa opowiadania, oparte na podobnym schemacie, na przestrzeni których główna bohaterka w ogóle się nie rozwija. Bum i jedziemy na misję, poznajemy trochę świata, ogarniamy jaki jest problem, potem Toy znajduje cudowne rozwiązanie – i koniec.

Na szczęście później okazało się, że pierwsze dwieście stron, które zajęły owe rozdziały, to właściwie preludia do głównego wątku, który rozpętał się w kolejnej części książki. W kontekście całości dzieła nie bardzo smakują mi te preludia – nie wnoszą aż tyle istotnej treści, która usprawiedliwiałaby ich objętość. Mam wrażenie, że można by to jakoś skondensować w jednej opowieści, podać w inny sposób, po prostu poprowadzić to trochę inaczej.

Zdecydowanie wolałabym, żeby ostatni rozdział był bardziej rozbudowany, bo to właściwie tam zaczyna się najlepsza zabawa. Dopiero on zasysa czytelnika, wciąga w wir akcji, budzi ciekawość i porusza wyobraźnię. Jego przewaga była dla mnie na tyle duża, że właściwie kiedy wspominam o Toy wars, to myślę tylko o tym rozdziale. Tyle wątków można było tam rozpisać dokładniej, poświęcić więcej czasu niektórym scenom – pachnie mi tam zmarnowanym potencjałem opowiadania.

Nie można przejść obojętnie wobec świata, jaki roztacza przed nami autor. Kosmiczne pomysły, nowe technologie, trochę abstrakcji, proste rubaszne postacie, brutalna rzeczywistość okraszona przekleństwami – powstaje z tego niesamowity koktajl, który, mimo iż jest dziwny w smaku, to jest w nim coś, co może się spodobać.

To, co psuło mi smak tej lektury, to fetysz Andrzeja Ziemiańskiego do piersi i aktu przebierania się. O tym, jak bohaterkom twardnieją sutki można przeczytać niejednokrotnie, czemu sprzyjają obcisłe i roznegliżowane stroje z zamiłowaniem opisywane przez autora. Apogeum wszystkiego był finał książki, w którym Toy przebierała się kilka razy (oczywiście, że w każdym opisie kreacji były cycki). Wyobraźcie sobie kursującą po mieście bandę najemników w wozie opancerzonym, bo główna bohaterka znowu chce zmienić ciuszki i trzeba po nie jechać do sklepu… Na skali między głupie, a śmieszne – jak dla mnie bliżej głupie.

Irytowały mnie również ciągłe powtórzenia. Czasem można wręcz odnieść wrażenie, że Toy wars pisane było dla ludzi z zanikami pamięci – po co w innym razie co rusz przypominać czytelnikowi o niskim wzroście bohaterki, jej przeszłości, wadzie wzroku i innych tego typu bzdurach? Sprawnemu czytelnikowi wystarczy rzucić coś raz, nawet mimochodem. Może to właśnie jest mankament tej książki? Wszystko dostajemy brutalnie i chamsko przed nos – często, dużo i mocno. Świat Toy przesycił karty książki i wyciąga łapska, by zadusić czytelnika.

Bardzo doceniam cały pomysł, historię, rys bohaterów i przymykam oko na te zgrzytające elementy. Chętnie mogłabym przeczytać kolejną część przygód Toy, chociaż zakończenie, spinające historię pewną klamrą, wydaje się ich nie zapowiadać. Ale kto wie? W tym szalonym świecie wszystko się może zdarzyć.