„Triumf Chaosu” – recenzja

RobertW/ Wrzesień 24, 2016/ Książki/ 0 comments

triumf-chaosuOstatnimi czasy, zacząłem czytać cykl Koło Czasu Roberta Jordana, łącznie z prequelem, który wiele wyjaśnia komuś, kto chciałby zacząć przygodę z tym cyklem. Licząca piętnaście tomów seria zyskała uznanie wśród fanów fantasy na całym świecie. To głównie zasługa rewelacyjnie przedstawionego świata, w którym każdy wątek jest dopracowany w najdrobniejszym szczególe. Nie mówimy tu tylko o postaciach czy zwierzętach, ale także o kulturze, religii, odległej historii, a nawet językach. Pisarz wykazał się ogromną wiedzą i wyobraźnią, stwarzając ten wszechświat, czym zjednał sobie nie jednego wielbiciela. Niestety przedwczesna śmierć zaprzepaściła plany autora, co do dalszych opowieści. Na szczęście, bazując na notatkach oraz obszernych zapiskach, Brandon Sanderson, za przyzwoleniem spadkobierców twórcy, dokończył za niego jego monumentalny cykl. Serię wydaje Wydawnictwo Zysk i S-ka, a ja zatrzymałem się na tomie szóstym.

„Triumf Chaosu”, bo taki tytuł nosi ów tom, to w dalszym ciągu perypetie Randa alThora, który pogodzony ze swoją rolą zbawcy bądź niszczyciela świata, próbuje zjednoczyć ludy, aby przed Ostatnią Bitwą na powrót stworzyć jeden, wielki, zjednoczony lud. Tymczasem Aes Sedai wyruszają na wyprawę, w poszukiwaniu tajemniczego artefaktu, który może mieć wielkie znaczenie w zbliżających się wydarzeniach. Podczas swojej wyprawy wpadają jednak w pułapkę, zastawioną przez Białe Płaszcze, a Nynaeve i Elayne znajdują się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. A Biała Wieża, nie zważając uwagi na konsekwencje swoich poczynań, postanawia wytoczyć ciężkie działa i za wszelką cenę okiełznać Randa. To jednak nie będzie takie proste. Niewiasty nie zdają sobie sprawy z mocy, jaka w nim drzemie. Tyle fabuła zaprezentowana oczywiście w wielkim skrócie.

Słowem podsumowania, ta ogromna księga sprawiła mi mnóstwo kłopotów, nie tyle objętością, bowiem uwielbiam takie opasłe tomy, a tym, że ta część powiela w sumie pięć poprzednich. Powtarza informacje, jakie już znamy, albo podaje je w trochę inny sposób. Miejscami staje się to nawet nużące. Kolejnym mankamentem, jest niezwykle gęste nagromadzenie faktów. To sprawia, że czasami można niemal utknąć jak w bagnie, przedzierając się przez kolejne informacje.

Jednak, jak ktoś zauważył, sam finał rekompensuje moje wszelkie zastrzeżenia. Co więcej to kolejna część, która finałem powala czytelnika na kolana, co oznacza, że całą treść trzeba poznać. Polecam, więc ten tytuł jak najmocniej.

„Triumf Chaosu” zakończony. „Koronę mieczy” czas zacząć.