Nie wszystkie kruki są biało-czerwone

Panna A./ Październik 22, 2017/ Bez kategorii/ 0 comments

krajan, obywatel, obywatel polski, posiadacz obywatelstwa polskiego, Lach, Lechita, krajowiec, miejscowy, rodak, tutejszy, tuziemiec, ziomek, biało-czerwoni, Polaczek, Polonus

Wejdź na łazienkowy taboret i powiedz mi jedno — Co widzisz po drugiej stronie lustra? Doszukujesz się zmarszczek, ale zbyt rzadko się uśmiechasz, by mogły one zamieszkać na twojej twarzy. Zastanawia cię, co tak naprawdę to determinuje. Fakt, że od papierosowego dymu i złego odżywiania masz żółte jak królik zęby, które najchętniej schowałbyś przed całym światem? Czy może niepełne uzębienie, spowodowane licznymi bójkami i otwieraniem piwa ósemką na ławce w parku?

Kompletnie nie o to chodzi. Starasz się, wyginasz się przed lustrem już od godziny, a twoja twarz nadal przedstawia światu smutną scenę z teatru dramaturgicznego. Strasznie cię to wkurwia, dlatego rozwalasz lustro swoją prawą pięścią, wydając przy tym cichy okrzyk. Czy jest to symbol powrotu na tarczy — to pozostawiam już waszej opinii. Głęboko oddychasz, a z dłoni kapie ci krew, odłamki szkła powinny sprawiać ci ból, jednak ty czujesz tylko ulgę. Nie mamy siły zmuszać kącików ust, chociażby do lekkich drgań — stąd pozostaje nam uśmiech Jokera, ów uśmiech wymaga mniejszego zaangażowania, wystarczy przecież wyciągnąć z portfela banknot i zakupić skalpel.

Zagubienie jest ciągłe — wciąż nie do końca wiemy jak być ładnymi ludźmi. Gdzie mamy szukać inspiracji, przeglądając dmuchane, instagramowe dziewczęta czy księżniczki z Disneya, których ilość włosów przewyższa zdecydowanie ilość szarych komórek pod kopułą. Złość piękności szkodzi, dlatego wszyscy jesteśmy tacy paskudni.

Na początek przyjrzyjmy się bliżej naszej twarzy. Mamy pryszcze gniewu, które przypominają kratery wulkanów, trądzik irytacji i wory ze smutku pod oczami. Czy właśnie tak definiują nas obcokrajowcy? Można by rzec — taka natura. Niemcy są nadęci, Czesi się nie myją, a Morze Kaspijskie jest jedynym na świecie zbiornikiem, który zamiast wody składa się z czystego spirytusu.

My rodzimy się zaś w koszyku gniewu, a naszymi pierwszym zdaniem po urodzeniu jest “on ma lepiej”. Na podstawie badań sponsorowanych przez stowarzyszenie supermarketów Biedronka udowodniono przez naukowców, których nigdy nikt nie widział, że dzieci posiadające Świeżaki śpią w nocy spokojniej.

***

Krótkie, ulotne momenty zwątpienia w wewnętrzną równowagę, gdy piana pojawia się na ustach, zdarzają się przecież każdemu. Zaciskam pięści, a gałki oczne wychodzą mi z orbit na długi spacer. Cztery ściany i błoga cisza, drętwieją mięśnie, zaczyna robić się odrobinę niezręcznie. Zastanawiam się, ile lat świetlnych przeminęło, ile hektolitrów herbaty przepłynęło przez gardło, jak ciężki jest bagaż emocjonalny. Jest mi ze sobą bardziej obco niż zazwyczaj.

Na pewno doskonale znasz ten stan, gdy wydaje ci się, że tylko zapadasz się w pościel — lecz tak naprawdę znikasz. Jest ciebie mniej, rozpadasz się. Przeszywająca niemoc i ucisk w gardle. Zegar tyka, a ty toniesz, próbujesz złapać ostatni haust powietrza. Na co dzień jestem pewny swojej tożsamości, istnienia, zawartości lodówki. Wiem, że kiedy otworzę oczy, zobaczę twoją twarz i zniszczone zasłony. Pewność i bezpieczeństwo.

Zalewam wrzątkiem kawę rozpuszczalną i otwieram książkę na zaznaczonej wcześniej stronie. Widzę wiele mądrych słów, objawionej prawdy o rzeczywistości. Czuję zdenerwowanie, wkurza mnie, że są na świecie ludzie, którzy wiedzą więcej ode mnie. Skupiam się więc wyłącznie na zapamiętaniu nazwisk autorów i głównych sloganach, po to, by kiedyś radioaktywnie błyszczeć nimi podczas intelektualnej debaty. Nazwiska, zapamiętuj nazwiska. Zza ściany słyszę rozmowy, bełkoty i mamroty.

Może trochę informacji ze świata? W końcu moje mieszkanie nie jest centrum dowodzenia tą planetą. Chcę dowiedzieć się czegoś nowego albo tak mi się wydaje, więc przeglądam wiadomości. Wojna, wybuch, bum, eksplozja, nożownik z Podrzecza Dolnego, dziesięć porad jak przestać być życiowym nieudacznikiem, brutalne pobicie.

Później jest coraz gorzej — sto tysięcy dowodów na to, że twój facet wymieni cię na lepszy model, wybuch emocjonalny pani premier, rozgotowany budyń w kuchennych rewolucjach. Czuję odrealnienie, ale brodzę w tym dalej.

“Nie uwierzysz, ale jej pies lewituje”

“Amerykańscy naukowcy odkryli specyfik powodujący niekończącą się erekcję”

“Noszenie polaru może powodować raka skóry, sprawdź zdjęcia”

Otwieram paczkę z papierosami, palenie zwiększa ryzyko impotencji. W myślach pojawia się nadzieja na bezdzietność. Bobas z nikotynowym smoczkiem i dziurawa tchawica — dzień dobry.

Uchylam okno, chcę poczuć się jak buddyjski mnich, pomedytować, zjednoczyć się z naturą. Trzask, wiertarka, rzygający kot. Na trzepaku przedstawiciele dresowego społeczeństwa słuchają czegoś, co przypomina mi mieszankę polskiego disco polo z ulicznym rapem.

“Ziemniaki, cebula”

“Halinka za 5 minut lodowata breja na obiad, wracaj do domu”

Ambiwalentny stosunek do naszego kraju jest czymś rzadkim, wszędzie kosmopolici, patrioci, a ja to tylko chciałbym mieć wreszcie spokój. Zamykam okno i wpisuje w internetową wyszukiwarkę slogan — ćwierkające ptaszki, szum morza, lasy i krzewy, słowiki w okresie godowym. Kładę się i zamykam oczy. Wstaję i otwieram, nie pomaga. Rozkładam na podłodze zielony koc.

Spokój w pokoju, w pokoju spokój, aż tu nagle dzwoni. Odbieram i nic nie mówię, bo przecież odpoczywam.

“Co tam, co u ciebie, jak się masz, co słychać, jak życie mija?”

Pytania, na które nadawca nie chce znać odpowiedzi. Mówi dużo i bez sensu — mowa trawa. Umieram, ale to najgorszy rodzaj śmierci z możliwych. Umysł ulega degradacji z pominięciem ciała.

“No bo u mnie zajebiście stary, właśnie sprzedałem nerkę, bo chciałem kupić nowego iphone’a. Niby zadłużyłem się na ponad dwa tysiące u moich starych, ale chyba rozumiesz nie? Teraz to właśnie ugryzione jabłko decyduje, w którą warstwę społeczną się wpasowujesz”

 

Milczenie złotem, więc milczę tak głośno, że aż płoną mi uszy.

“No to ten, elo mordo” – oznajmia, że milczenie błotem.

Spokój. Zaczynam liczyć baranki. Medytacja jest już niemożliwa, stąd jedynym ratunkiem pozostał sen — a to przecież dopiero początek dnia. Dźwięk odkurzacza zza ściany przelewa szalę goryczy. Dlaczego ze wszystkich możliwych okoliczności włącza go akurat wtedy, gdy jestem na granicy załamania nerwowego? Czasami wydaje mi się, że robi to z premedytacją.

Wychodzę z domu, w połowie drogi uświadamiam sobie, że właściwie nie mam dokąd iść. Gdziekolwiek nie pójdę i tak trafiam w tym kraju na ślepe uliczki. Jednakże uparcie i z determinacją podążam na najbliższy przystanek tramwajowy. W międzyczasie dostaję mandat za złe parkowanie, mimo iż nie posiadam samochodu — ba! nie mam nawet prawa jazdy.

“Jeździ Pan bez prawa jazdy? No to kolejny mandacik się należy”

Przysięgam, że gdyby nie krasnale ogrodowe, meblościanka mojej babci, niemiłe panie ekspedientki w warzywniakach i fakt, że muszę żyć wśród Polaków i w Polsce, to kochałbym ten kraj jak oszalały. Oj, jak bym kochał. Nawet w pozycjach, za którymi szczególnie nie przepadam.

Zapomniałem — za godzinę idę pracy, by uszlachetnić i tym samym nadać wartość swojej egzystencji. Na samą myśl mimowolnie zaczynam zgrzytać zębami i delikatnie drżeć.

W tramwaju niechcący wpadam na kobietę w wieku zbliżającym się do rozkładu. Odprawia mi egzorcyzmy nad czołem i mamrocze coś pod nosem. Mimowolnie przyglądam się tej staruszce i jej walce z utrzymaniem równowagi w tramwaju. Młody mężczyzna z teczką prawie ją wywraca, kiedy próbuje dostać się do biletomatu.

“Nie widzisz kobieto, że zastawiasz przejście?”

W tym kraju nie ma miejsca na wolność słowa i starość. Akceptacja istnieje tylko pod postacią samych epitetów. Gorzej, kiedy naprawdę jesteś stary i do tego bezpośredni — selekcja naturalna.

W międzyczasie przyglądam się atrakcyjnej dziewczynie w krótkiej szkockiej sukience. Następny przystanek — Dworzec Główny. Nagle z jej kieszeni wydobywają się rytmiczne dźwięki umcy, umcy, powodujące, że cały jej blask znika szybciej, niż się pojawił. Speszona czym prędzej wkłada końcówkę słuchawek z powrotem do telefonu. Gdy nawiązuje z nią kontakt wzrokowy, widzę w jej źrenicach przejmujący wstyd. Jak gdybym właśnie przyłapał ją na podjadaniu dla smaku kokainy, podczas gdy powszechnie głosiłaby deklaracje o zdrowym trybie życia. Dlaczego tak bardzo wstydzimy się prawdziwego ja?

Wysiadam na kolejnym przystanku. Od miejsca pracy dzieli mnie niecały kilometr, od wewnętrznej satysfakcji mile świetlne. Jesteśmy homogenizowaną papką, jedynym aspektem odróżniającym nas od siebie jest nic. Te same struktury, plakietki, fartuszki. Osiem godzin w opakowaniu składającym się z sympatycznych uśmiechów, pseudopogody ducha. Polacy, ponuracy. Nic więc dziwnego, że po opuszczeniu tego pudełka chcemy uwolnić się od iluzji samozadowolenia, zbudowanej z ogromnym trudem i precyzją.

Sprawdzam telefon, czynność tę powtarzam jak mantrę, choć komunikat o braku wiadomości jest niezmienny. Zero powiadomień odpowiada poziomowi zero mojej egzystencji. Bez nich nie istnieję w żadnej rzeczywistości, nie mogę wydobyć się na powierzchnię. Desperacko łapię za kciuki, udostępnienia, ciepłe i kojące niczym niedzielny rosół na stypie komentarze, w taki sposób ogrzewam swoje ego.

Kątem oka zauważam leżącego na ziemi mężczyznę. W pierwszej chwili chcę go zignorować, wyrzucić ten obraz z pamięci. Ogarnia mnie konsternacja i jestem na siebie zły. Nie chciałem go zobaczyć. Może świat jest tylko zbiorem subiektywnych wrażeń, tak naprawdę nie istnieję, tak samo, jak i on?

Obracam się, rozpaczliwie szukając pomocy, na horyzoncie nie widać jednak ani jednej żywej duszy, która mogłaby razem ze mną udźwignąć to sytuacyjne poczucie winy. Nie ma nikogo. W oddali widzę tylko pana na przystanku, którego aromat intensywnie niczym perfumy Diora, unosi się w powietrzu. Prawdopodobnie zapadł w zimowy sen z nadzieją, że wraz z nadejściem wiosny pojawi się nowa, lepsza perspektywa codzienności. Brud i hibernacja dyskwalifikują go jako kandydata do wspólnego rozgrzeszenia.

Powoli ruszam w kierunku leżącego na ziemi człowieka, niepewnym krokiem niczym do konfesjonału. Ów osobnik ubrany jest w rozciągnięty płaszcz. Wygląda jakby spał, a jego twarz jest rozluźniona i intuicyjnie czuję, że jest teraz szczęśliwy. Zastanawiam się, czy odnalazł już we śnie swoją arkadię.

“Halo, proszę Pana, czy wszystko w porządku?”

Odpowiada mi beznamiętna cisza, czyli dzieje się to, czego najbardziej się obawiałem.

“Przecież go nie dotknę.” – myślę, a na mojej twarzy pojawia się wyraz obrzydzenia, jak gdyby szampon podczas kąpieli wpadł mi do ust.

Stoję tak ponad dwadzieścia minut, po czym bez dalszych refleksji ruszam przed siebie. Może gdybym wtedy wiedział, że parę godzin później, jedząc zimnego kurczaka na kolację, dowiem się o śmierci tego człowieka z wiadomości to może…

Ciąg dalszy nastąpi (chyba)

Alicja Regiewicz