Wydałem książkę, zdemoralizowałem dziesięciolatków, wyrwałem dziewczynę i nazywam się Iwaszkiewicz

redaktor/ Maj 27, 2017/ Felieton/ 3 comments

W lutym tego roku wydałem swoją debiutancką powieść. Jeśli mam być szczery, patrząc z perspektywy czasu nie był to szczególnie spektakularny wyczyn – „Kalesony Sokratesa” nie są ani książką długą, ani nie wiadomo jak ambitną. Kocham ją, ale nie mogę na nią patrzeć; czuję się jak wyrodny rodzic, który brzydzi się swojego upośledzonego dziecka. Nie chcę jednak wgłębiać się teraz w sprawy techniczne i warsztatowe związane z książką, bo wydaje mi się, że jeszcze dużo czasu musi minąć, zanim będę mógł spojrzeć na nią stuprocentowo obiektywnie. Opowiem za to o wszystkim, co wiązało się z samym wydaniem powieści.

W lutym 2017 miałem piętnaście lat, co było odpowiednim powodem do tego, by wzbudzić pewne zainteresowanie wśród miłośników literatury. Teraz wiem, że byłem jednym z wielu młodocianych autorów – swojego czasu myślałem, że będę fenomenem na skalę krajową, ale cóż, klops. Mimo to jeszcze przed wydaniem zainteresowało się mną kilku dziennikarzy.

Nie znając jeszcze nawet dokładnej premiery powieści, udzieliłem kilku wywiadów dla lokalnej prasy – każdy wyglądał z grubsza identycznie, ale nie mogłem narzekać, bo wiadomość o tym, że niebawem wydam powieść, obiegła cały powiat. Niezbyt to spektakularnie brzmi, ale w małej społeczności, jaką jest moje rodzinne miasto, wzbudziłem pewną sensację.

Zanim przejdę dalej, pozwólcie, że coś powiem. Otóż, na wewnętrznej stronie okładki znajduje się fragment „Kalesonów”, który zawiera parafrazę cytatu z Nocnego Kochanka na temat tego, że Łukasz Kruczek też na początku słabo skakał, a teraz szkoli kadrę. Wiecie, kto to Łukasz Kruczek, nie? Były skoczek narciarski, obecnie trener. Wydaje się, że to informacja w miarę powszechna i każdy, kto pracuje jako dziennikarz, powinien się w tej kwestii orientować. Zwłaszcza, jeśli pisze dla ogólnokrajowego tygodnika.

Pewnego dnia odwiedził mnie dziennikarz pewnego znanego brukowca, który również chciał napisać o mnie artykuł. Przejrzał książkę, zerknął na tył okładki, przód, przeczytał opis… i stwierdził, że Łukasz Kruczek to główny bohater książki, prawda, Kuba? Tak, panie dziennikarz. Co więcej, jest dwóch bohaterów. Drugi nazywa się Adam Małysz. Ostatecznie chyba zrozumiał, że robię sobie z niego jaja, bo spojrzał na mnie pełnym nienawiści spojrzeniem, a gdy chciał zrobić mi zdjęcie, kazał zapozować z uniesionym w górę kciukiem i uśmiechem znanym z filmów o Jasiu Fasoli. Słowem, wyszło fatalnie. Na szczęście nikt ze znajomych nie dostał w ręce tego artykułu; żaden z moich kolegów nie czyta tego typu prasy, bo obracam się wśród ludzi inteligentnych. Jak Andrzej Sapkowski.

Od tamtego momentu nie zgadzam się tak chętnie na każdy wywiad. Być może dlatego, że nie miałem wiele okazji, by odmówić, bo potem był jeszcze tylko wywiad dla szkolnej gazetki liceum mojej koleżanki.

Jeśli jednak chodzi o inne media, tutaj było dużo lepiej. Rozmawiała ze mną dziennikarka z Radia Koszalin i było całkiem fajnie. Potem pojawiła się rejonowa telewizja. Wyszedłem jak śmiertelnie przestraszony, ale to u mnie norma. Poza tym również nie mogę narzekać.

Przejdźmy dalej. Wraz z premierą egzemplarz „Kalesonów Sokratesa” dostało kilkunastu blogerów. Część recenzji była pochlebna, część nie i bardzo się cieszę, że doczekałem się ich całkiem sporo, bo być może coś z nich wyniosę przy pisaniu kolejnych powieści. Ku mojemu zdziwieniu odkryłem, że książkę napisało kilku autorów. Łukasiewicz. Łuszkiewicz. Najbardziej urzekła mnie recenzja, w której moje nazwisko brzmiało Iwaszkiewicz.

Spotkania autorskie to również ważny element życia osoby, która wydała książkę, nie? Znaczy, wiem, że nie jestem Remigiuszem Mrozem, ale mnie również czekało tego typu spotkanie. Miałem rozmawiać z czwartoklasistami z jednej z warszawskich podstawówek. Oczywiście zacząłem się stresować już kilka tygodni przed wyjazdem. Rozmawiając z gimnazjalistami, czuję się całkiem swobodnie, ale jak mam mówić do dziesięciolatków? Nie miałem styczności z tą grupą społeczną, od kiedy sam nie ukończyłem podstawówki. Na szczęście pani dyrektor rozwiała moje wszelakie wątpliwości, oznajmiając, że zapoznała się z książką i nie ma zamiaru promować tak demoralizującej literatury w swojej szkole.

Trudno – miałem mieć jeszcze jedno spotkanie, na Warszawskich Targach Książki. Impreza cudowna, ale jestem osobą, która w takich momentach traci wszelkie oznaki śmiałości, w efekcie czego przez cały czas trwaniEricMcBet z książką.a mojego siedzenia obok tabliczki opatrzonej moim nazwiskiem czułem się, jakbym połknął kij i byłem sztywny jak Jack Torrance.

Zanim jednak spotkanie się odbyło, musiałem iść do rejestracji i odebrać mój autorski identyfikator. Pomimo licznych zapewnień, że jestem autorem, wydałem książkę i mam tego dnia ją podpisywać, typiara spojrzała się na mnie dziwnym wzrokiem i dała mi zwykłą, gościnną plakietkę. Następnym razem muszę zapuścić brodę i wziąć ze sobą butelkę whisky oraz paczkę cameli, żeby wyglądać jak prawdziwy autor, a nie jakaś nastoletnia podróbka.

(Zdjęcie po prawej stronie przedstawia gościa znanego jako EricMcBet – zapraszam na jego kanał! Widzisz, Maciek, zareklamowałem Cię w moim felietonie. Czekam na zadośćuczynienie finansowe. Umowa to umowa.)

Oprócz tego, że swoją byłą dziewczynę wyrwałem na pisanie własnej książki, spotkałem się z wieloma wyrazami uznania, głównie w środowisku, w którym żyję na co dzień. Jakaś laska z równoległej klasy napisała do mnie, że nie ma odwagi, żeby zagadać w szkole, więc pisze na fejsie, że książka jest super i bardzo mnie za to podziwia. Później pisaliśmy jeszcze parę razy. W szkole ignoruje mnie do tej pory. Ze strony nauczycieli jest lepiej, niż się spodziewałem – byłem pewny, że będą łapać się za głowę, czytając tę niezbyt przecież kulturalną powieść. Mój wychowawca      postanowił nawet, że przeczyta książkę jeszcze raz, wypisując wszystkie zabawne teksty.

Doszły mnie słuchy, że „Kalesony” dostały się w ręce chłopaka z młodszej klasy, który to trafił na scenę seksu, pokazał ją wszystkim swoim kolegom i zainteresowanie moim dziełem ponownie się zwiększyło. Reklama dźwignią handlu, nie?

Czy wydanie książki znacząco zmieniło moje życie? Nie, przez otoczenie jestem traktowany zupełnie normalnie i funkcjonuję dokładnie tak samo, jak wcześniej. Czy stałem się bogaty? Nie – wpłynęło mi przyjemne kieszonkowe, ale na nowe porsche mnie nie stać. Na używane zresztą też nie.

Z pewnością jednak nie żałuję. Poznałem dzięki temu mnóstwo ciekawych osób, nabrałem pewnych doświadczeń i wiem, że będę dążył do tego, by pisać dalej. I zachęcam wszystkich, którzy również chcą iść w tym kierunku: warto!

  • Archimedes

    Dziewczyna (nie „laska” :/) wzięła się na odwagę i pierwsza do ciebie napisała.. Z jakiej racji ma jeszcze podchodzić w szkole? Może sama miała nadzieję, że podejdziesz?

  • Łaszkiewicz

    Kompletnie nie chodzi o brak kontaktu, ale chociażby na nieodpowiadanie na „cześć”. Wrzuć na luz.

  • Kuba Łaszkiewicz

    Wrzuć na luz i weź pod uwagę, że to luźny felieton, a nie wytykanie komukolwiek czegokolwiek.