Żółwie aż do końca, John Green

9kier/ Luty 27, 2018/ Książki/ 0 comments

To jedna z tych powieści, od których nie można się oderwać i które połyka się w dwa wieczory. Dobrze napisana, lekka, zabawna, wciągająca i tylko z pozoru dla młodzieży.

Lata temu przeczytałam dwie książki Johna Greena – zachwycające Papierowe miasta i 19 razy Katherine – przy czym tę drugą bez ostatniego rozdziału czy dwóch, bo historia była mało ciekawa i, jak na mój gust, zbyt infantylna (przypomina mi się od razu męczący Drugi przekręt Natalii Olgi Rudnickiej o pięciu siostrach Nataliach i aż mnie skręca). Nigdy później do Greena nie wróciłam, z bezpodstawnym przekonaniem, że pewnie napisał jedną świetną książkę. „Papierowe miasta” okazały się bowiem fantastyczną powieścią na lato. Porywający, pełen tajemnic scenariusz, żywe dialogi, odpowiednie tempo. Żółwi aż do końca nie czytałam z aż tak zapartym tchem, ale jakościowo zdecydowanie bliżej im do historii sekretu zbuntowanej Margo niż chłopca gustującego wyłącznie w dziewczynach o imieniu Katherine. Dwa wieczory, które spędziłam z nową powieścią Greena, pozwoliły mi wziąć oddech, a niczego nie potrzebuję ostatnio od literatury tak bardzo jak właśnie chwili relaksu i uśmiechu.

Dwie przyjaciółki – trawiona lękami Aza i jej rozgadana przyjaciółka Daisy – prowadzą na własną rękę śledztwo w sprawie zniknięcia pewnego milionera. Ten jest, tak się składa, również ojcem dawnego przyjaciela Azy. W Żółwiach aż do końca znalazłam to, co lubię w innych powieściach Greena – sympatycznych, dobrze wykreowanych bohaterów, nastoletnie miłości, uroki dojrzewania, intrygę w tle i pozytywne przesłanie, a strony przypominają leciutkie pianki, które aż się proszą, aby zjeść kolejną. Jednak nie spodziewaj się wyłącznie słodkości. Aza Holmes (czy też Holmesy, jak lubi nazywać ją Daisy) wprowadza do powieści gorycz, która, początkowo okazjonalna i nieszkodliwa, powoli eskaluje do rangi wielkiego, zagrażającego życiu problemu. Nietrudno odnieść wrażenie, że wątek detektywistyczny jest w rzeczywistości na setnym planie, a pierwsze dziewięćdziesiąt dziewięć zajmują właśnie zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne dziewczyny. Choć w prowadzonych przez nią monologach nie ma ani grama patosu, czuć, że natręctwa to problem, który ją przytłacza i nie pozwala normalnie funkcjonować. Żółwie aż do końca okazują się więc historią problemów psychicznych – obsesyjnych myśli, które destruktywnie wpływają na jakość życia bohaterki, w tym na postrzeganie siebie i relacje z ludźmi. Podoba mi się wykorzystanie symboliki wiru oraz naprawdę trafna analogia w postaci przypomnienia, że niektóre pasożyty są w stanie manipulować czynami nosiciela. W dobie, w której problemy psychiczne traktuje się coraz poważniej, dobrze jest uświadamiać ludzi w każdym wieku, że codzienność wcale nie musi tak męczyć, jeśli poszuka się wsparcia.

Żółwie aż do końca – swoją drogą, pierwsza powieść, jaką Green napisał po wydanej pięć lat temu Gwiazd naszych wina – to rzeczywiście kryminał, w którym Aza próbuje kogoś odnaleźć. Nie chodzi jednak o milionera, tylko o samą siebie.